Znowu wiem, kim jestem

Gdy nie ma czym oddychać…

W moim życiu wielokrotnie już mogłem się przekonać, że jakieś wydarzenie, pozornie banalne i nieistotne, okazywało się przełomowe; czasem też rozmowa prowadzona na utarte i oklepane tematy, otwierała nagle i nieoczekiwanie nowe horyzonty. W dzisiejszym wpisie, powracającym do zakulisowych spraw, chciałbym opowiedzieć o jednym zdaniu sprzed kilku tygodni, którego znaczenie i wartość drzemały we mnie jak niedogaszone ognisko i rozpaliły serce na nowo dopiero kilka dni temu. Przypuszczam, że część z Was także doświadczyła czegoś podobnego, ponieważ to jeden z tych momentów, kiedy człowiek ma wrażenie, że znalazł się w zatęchłym i dusznym pomieszczeniu, w którym po dłuższym czasie ktoś nagle otworzył na całą szerokość okno, wpuszczając świeże i życiodajne powietrze. To jest ten moment, w którym nagle rozjaśnia się umysł, wraca wola działania i nawet trudne zadania są na wyciągnięcie ręki. Oczywiście ktoś może powiedzieć: „Bez przesady, przecież smród czy duchota nie zabijają!”, lecz będzie to tylko część prawdy… Moim doświadczeniem i płynącą z niego refleksją jest to, że w podobnej atmosferze można co prawda się poruszać i jakoś funkcjonować, ale prawdziwego życia nie będzie nigdy! Dopiero gdy wychodzi się z marazmu i paraliżu (także tego duchowego czy psychicznego), człowiek może zobaczyć, kim tak naprawdę jest, dokąd zmierza i w jaki sposób może zaprowadzić porządek w swoim życiu.

No dobrze, zabrnąłem w dygresję, ale taka już moja natura, że każdy element muszę umieścić w odpowiednim kontekście i perspektywie, bo inaczej mam wrażenie, że lepiej się w ogóle nie odzywać. Dlatego proszę o dodatkową chwilę cierpliwości, ponieważ zanim przejdę do meritum, chcę przyznać się do jeszcze jednej rzeczy… Od jakiegoś czasu nosiłem w sercu niepokój i wewnętrzną złość, których źródła nie potrafiłem zlokalizować, ani tym bardziej nazwać. Z drugiej strony była we mnie jakaś ogromna potrzeba działania, niestania w miejscu, zrobienia czegoś, żeby poszczególne sprawy mogły iść naprzód, bo miałem wrażenie, że miotam się na różne strony, a tak naprawdę wszystko stoi w miejscu.

Dopiero teraz możemy wrócić do zdania, od którego zaczęła się historia, jaką chcę opowiedzieć.


Co tak naprawdę chcę zrobić?

W czasie mojego ostatniego pobytu w Polsce, udało mi się spotkać z Basią R., moją przyjaciółką; dzięki niej mogłem poznać ideę skautingu i później przeżyć z tym środowiskiem niesamowite przygody. Basia to kobieta niesłychanie energiczna, pomysłowa i prawdziwy „tytan pracy”, a przy tym osoba, którą zawsze stać na szczerość i trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość. W czasie naszej rozmowy o książce padło wiele ciepłych słów oraz konstruktywnych uwag, a na koniec pojawiły się także całkiem rzeczowe pytania: „Zastanów się: Jaki masz cel? Co chcesz osiągnąć? Co będzie dla Ciebie miarą sukcesu czy powodzenia?” Hmm… Już wtedy miałem w głowie gotowe odpowiedzi, ale zdecydowałem się nie wypowiadać ich na głos, ponieważ mnie samemu nie za bardzo się podobały i uznałem, że lepiej jeszcze z nimi poczekać. Problem polegał na tym, że prędzej czy później trzeba będzie zmierzyć się z pytaniem: „Na czym tak naprawdę mi zależy?”. Przecież to oczywiste: chcę wydać moją książkę! No dobrze, ale dlaczego? I tu właśnie za każdym razem wybuchała burza myśli, która nie pozwalała widzieć wyraźnie i sprawiała, że wiele sił marnowało się na kręceniu w kółko. Pozwólcie zatem, że pokrótce przedstawię niektóre odpowiedzi wraz z argumentacją towarzyszącą, a dopiero potem zdradzę, czym okazał się ten świeży powiew, o jakim wspomniałem na początku.

A zatem chciałbym wydać książkę, ponieważ…

…wymyśliłem ciekawą historię, barwnych bohaterów oraz cały świat od podstaw i cieszyłbym się, gdyby ludzie odkryli i dobrze się poczuli w literackiej rzeczywistości, którą udało mi się stworzyć.

…spędziłem na jej pisaniu oraz poprawkach setki godzin (o tym powiem jeszcze przy innej okazji) i kosztowało mnie to ogromną ilość pracy, siły, systematyczności i uporu. Nie chcę, żeby to poszło teraz na marne albo do szuflady.

…sprawiłoby mi radość widzieć własne nazwisko na okładce, czy to stojącej na domowej półce, czy na sklepowej wystawie.

…uważam, że biorąc pod uwagę zwłaszcza pierwsze dwie myśli, warta jest tego, by sprzedać ją w jak największej liczbie egzemplarzy i otrzymać za to honorarium.


Przecież to jest takie oczywiste!

Nie da się ukryć, iż każdy z tych argumentów ma solidne uzasadnienie i po ludzku sam się broni, lecz szczególnie ta ostatnia myśl związana z pieniędzmi nie dawała mi spokoju. To właśnie było miejsce w moim sercu i głowie, w którym rozgrywały się igrzyska największych rozterek i wątpliwości. Proszę Was jednak o wyrozumiałość oraz życzliwe zrozumienie, ja natomiast już wyjaśniam, o co mi dokładnie chodzi. Z jednej strony od początku bardzo zależało mi na, nazwijmy to, „komercyjnym” sukcesie książki, ponieważ uważałem i nadal naprawdę czuję głębokie przekonanie, że warta będzie zakupu i przeczytania. Z drugiej strony jestem księdzem i nie napisałem jej dla zarobku. Nigdy nie było to dla mnie priorytetem, ani żadną, choćby najmniejszą motywacją. Tylko jak to pogodzić? Jak pogodzić bycie księdzem z rolą, bądź co bądź, handlarza? Jak połączyć uczciwą i ciężką pracę z brakiem chęci wzbogacania się na niej? Co zrobić, żeby w tym wszystkim być znowu tym, kim jestem z powołania, a nie tylko epizodycznie z pasji?

Rozwiązanie przyszło tak naturalnie, jak wiosenne powietrze rozchodzi się w dusznym pokoju: trzeba założyć fundację i jej przekazać prawa autorskie do książki, by potem cały zysk wydawnictwa przeznaczyć na cele charytatywne!

To jest myśl i trzeba się za to zabrać! I o tym będzie już w następnym wpisie…

Zapraszam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.