…przecinki, wszędzie przecinki!

Amerykański psycholog i filozof, William James, mawiał:

A chain is no stronger than its weakest link, and life is after all a chain.
Łańcuch jest tak mocny, jak jego najsłabsze ogniwo, a życie to w końcu łańcuch.

Parafrazując słowa myśliciela, można powiedzieć, że także tworzenie książkowej historii przypomina łańcuch ściśle powiązanych ze sobą pomysłów i natchnień, przypadkowych i zaplanowanych zdarzeń, gorszych i lepszych dni, a także osób, które stają się większą lub mniejszą częścią całego przedsięwzięcia. Wielokrotnie można się przekonać, że od jakości i wykorzystania tego splotu zależy, jaki kształt będzie miał tekst na samym końcu. Są to kluczowe i bardzo ważne pytania: które ogniwa wykorzystać, a jakie odrzucić? Które obciążyć, a jakie zostawić w spokoju? Których słuchać, a jakimi się nie przejmować?

Poprzednio wspominałem o pra-etapie – wówczas istotne były dobre słowo, życzliwość i wsparcie, szczególnie Marty S. w sprawdzaniu „surowego tekstu”, a następnie o momencie zmuszającym do konfrontacji z pierwszą poważną krytyką i rzeczowymi uwagami. Były to dwa ogniwa w twórczym łańcuchu, które nie tylko pozwoliły napisać pewną historię, ale jeszcze znacznie ją udoskonalić. Oczywiście, proszę mnie dobrze zrozumieć: nie znaczy to, że opowiadanie stało się perfekcyjne, lecz po prostu lepsze i jak miałem się przekonać niebawem, do ideału brakowało mu naprawdę sporo.


Poprawiać i jeszcze raz poprawiać…

W ten sposób rozpoczęła się kolejna faza projektu, czyli opublikowanie pierwszych fragmentów historii w Internecie, rozpoczynających się od wpisu pt.: „Kilka słów na początek” oraz pierwszego rozdziału, nazwanego wtedy, trochę przebiegle, „pilotażowym”. Dzięki temu większe grono osób miało szansę zapoznać się z opowiadaniem, które mimo iż krótkie i dopiero rozpoczynające powieść, dawało już pewien obraz tego, czego będzie się można spodziewać. Wśród pozytywnych uwag i zachęt do dalszego pisania (bo przecież nikt nie wiedział, że książka powstała już w całości), znalazł się także komentarz od Kasi T., mojej znajomej z oazy:

„Pewnie, że się da… – pomyślałem, zły na siebie, że przegapiłem te literówki. – Przecież nic innego nie robię, tylko w kółko poprawiam!” Chociaż liczyłem się z tym, że coś będzie do zmiany, zirytowało mnie, że zdarzyły się takie głupie błędy. W pewnym momencie przychodził po prostu taki stan, kiedy nie dostrzegałem nawet najoczywistszych rzeczy i mogłem gapić się w tekst przez dłuższy czas, a nie widzieć, że zamiast „e” powinno być „a” albo na odwrót. Rozmowa z Kasią okazała się dla mnie sporym zaskoczeniem, ponieważ gdy poprosiłem, by wskazała miejsca gdzie znajdują się błędy, sama zaproponowała, że zrobi poprawki.

Wtedy też wyszło na jaw, że literówki są w tym wszystkim najmniejszym problemem i wiadomość zwrotna, którą od niej dostałem, brzmiała mniej więcej tak: „Szaleństwo z ilością przecinków 😉 Pozwoliłam sobie miejscami poprzestawiać fragmenty i zmienić słowa, bo były powtórzenia (zwłaszcza ze słowem „który” – potrafiło się pojawić 3 razy na 2 zdania ;). Ale od razu mówię: ja tylko pokazuję, co bym zmieniła i gdzie były błędy, które zauważyłam”. I tak Kasia nie będąc polonistką (tylko absolwentką biotechnologii i analitykiem w laboratorium) dodała do tekstu koloryt i cenne uwagi, dzięki czemu pojawiło się w nim wiele ciekawych poprawek, a ja z przyjemnością je wprowadziłem. Oto kilka przykładów:

z umieszczoną w niej bronią zamiast  w której znajdowała się broń,

stanowiła prawdziwe dzieło sztuki w miejsce była prawdziwym dziełem sztuki,

przybysz zamieniony na nieznajomego.


Pomnożone dobro

Później przy publikacjach kolejnych rozdziałów, Kasia zawsze otrzymywała tekst chwilę wcześniej, by wyłapać literówki (łobuzy – nawet po jej korekcie gdzieś się trafiają… tylko jej nic nie mówcie!), pousuwać nadmiar przecinków (bo to moja prywatna przypadłość i zmora) oraz zredagować zdania, by ładniej brzmiały i nie powtarzały się te same słowa.

To zatem najlepszy moment, żeby podziękować Tobie, Kasiu, nie tylko za ogrom włożonej pracy, ale przede wszystkim za Twoje zaangażowanie (wyrażające się m.in. w zawiązanej na tę okoliczność „przyjaźni” ze słownikiem synonimów), bezinteresowność (której kwintesencją jest zdanie: „Cieszę się, że mogłam pomóc”) oraz nieocenione wsparcie w wielu innych wymiarach (bo to przecież Twój pomysł, żeby w jakiejś formie powstał jeszcze audiobook!). To wszystko stanowiło bardzo ważne ogniwo w całym łańcuchu przygody, jaką był i jest projekt „storyteller, not writer”. W tej chwili książka znajduje się w rękach profesjonalnego korektora, który z pewnością raz jeszcze przeora cały tekst, ale jestem pewien, że dzięki Tobie będzie miał(a) znacznie mniej pracy, a na pewno już teraz wielu czytelników może cieszyć się lekturą pierwszych dziesięciu rozdziałów w bardzo porządnym językowym stanie.

Jeśli miałby z tego płynąć jakiś morał, to jedyny, jaki przychodzi mi do głowy, mógłby brzmieć: warto dzielić się z innymi, słuchać ich oraz zaufać – dobro ma taką właściwość, że podzielone jeszcze lepiej się pomnaża!

Dziękuję za uwagę i oczywiście zapraszam za tydzień! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.