Trzeba pokazać opowieść… ciekawie!

Wspomniałem ostatnio, że kolejny wpis chciałbym poświęcić dwóm osobom, które bardzo mi pomogły w rozwoju powieści i nadaniu jej nowej jakości oraz odpowiedniego szlifu. Co ciekawe, obie bohaterki tej historii noszą to samo imię, ale nie uprzedzajmy faktów i zacznijmy od początku…


Jak się za to zabrać?

Gdy pod koniec czerwca 2018 r. zakończyłem pisanie książki, od razu pojawiła się idea wydania jej w tradycyjnej, papierowej formie. Muszę przyznać, że bardzo chciałem, żeby ludzie poznali opowieść, którą udało mi się stworzyć i dowiedzieli się o efekcie nieoczekiwanego natchnienia, jakie zapukało do drzwi mojej wyobraźni kilka miesięcy wcześniej. Z tego względu, pisząc ostatnie rozdziały przeszukiwałem Internet, czytając o różnych modelach wydawniczych w Polsce, starając się zdobyć odpowiednią wiedzę i przynajmniej namiastkę rozeznania w temacie. I tak w miarę zgłębiania tego zagadnienia coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że kwestia jest… dość skomplikowana. To jednak zbyt rozległy temat i na jego omówienie przyjdzie czas później, w kolejnych wpisach. Na chwilę obecną wystarczy powiedzieć, że z różnych względów zdecydowałem się nie przesyłać tekstu do żadnego tradycyjnego wydawnictwa, gdyż…:

1. W tamtym czasie chciałem z pewnych względów zachować anonimowość i wolałem, żeby książka została wydana pod pseudonimem. Zależało mi na tym, aby czytelnicy poznali/przeczytali stworzoną przeze mnie historię, a nie przypinali jej łatki ze względu na autora, nawet nie próbując zapoznać się z jej treścią. Z tego też względu na blogu przez dłuższy czas nie było żadnej informacji w zakładce „O autorze”.

2. Z mojej wiedzy wynikało, że wszystkie wydawnictwa przejmują prawa autorskie do tekstu na minimum pięć lat, już przy spisywaniu umowy. Często niestety, szczególnie w przypadku początkujących autorów, kończy się to sytuacją, że nie mają oni żadnego wpływu na losy ich książki, związane z nakładem, dystrybucją, promocją, etc.

Efektem takiej decyzji była próba niecodziennej współpracy z firmą zajmującą się co prawda reklamą i szeroko pojętym marketingiem, ale za to otwartą na nowe propozycje i wyzwania. Mimo początkowego entuzjazmu i bardzo dobrych rozmów pomysł upadł, a wszystko skończyło się zaledwie na etapie ogólnych zarysów oraz planów. Okazało się, że rynek wydawniczy nie jest mówiąc eufemistycznie zbyt łaskawy dla początkujących, a już dla debiutantów pod pseudonimem to po prostu misja samobójcza.


Weź wyeksponuj!

I w tym właśnie miejscu dochodzimy do wydarzenia kluczowego… We wrześniu 2018 r. przebywałem w mojej rodzinnej miejscowości – Świeradowie-Zdroju, gdzie  spotkałem się z Kasią D., moją przyjaciółką i przyszywaną kuzynką, z którą ze względu na znajomość naszych rodziców z ich czasów szkolnych, znaliśmy się od najmłodszych lat, dzieląc wspólne pasje i zainteresowania. Kasia dostała tekst na początku lipca, więc mieliśmy temat do rozmowy i to właśnie ona okazała się momentem, kiedy na głowę został mi wylany kubeł zimnej wody, którego tak bardzo obawiałem się wcześniej. Poza oczywistymi kwestiami związanymi z językiem (powieść była jeszcze przed jakąkolwiek korektą czy redakcją), spodziewałem się przynajmniej jakiejś drobnej pochwały czy dobrego słowa, ale Kasia powiedziała mi wtedy mniej więcej coś takiego: „Wiesz… To, co napisałeś, to właściwie nie jest powieść, tylko bardzo długie opowiadanie. Zauważ, że w całym tekście pojawia się tylko jeden wątek i wykorzystujesz najprostszy, i przez to często krytykowany sposób ekspozycji, ponieważ bohaterowie po prostu o wszystkim ze sobą rozmawiają, albo o czymś myślą, albo się domyślają. W powieści używa się różnych metod ekspozycji, tak aby czytelnik mógł stopniowo odkrywać i łączyć poszczególne wątki. A zatem… Może poczytaj o tym coś więcej!” Uff… Przykro mi było usłyszeć coś takiego, zwłaszcza mając poczucie, że stworzyło się coś wartościowego. Nikomu się nie przyznając, przełknąłem pigułkę goryczy, bo choć mogliśmy się różnić z Kasią w różnych kwestiach dotyczących światopoglądu czy patrzenia na rzeczywistość, to trudno nie przyznać jej racji w kwestii mojego opowiadania. Jej słowa jeszcze długo chodziły za mną, uderzając w te ściany serca, w których zazwyczaj mości sobie miejsce pycha, nie dając spokoju i zmuszając do przemyśleń. Wbrew moim wcześniejszym zapędom wniosek był jeden – nie ma się co bronić i szukać usprawiedliwień, po prostu tekst nie nadaje się do publikacji w takim stanie! To dobry moment, żeby wyrazić moją wdzięczność za szczerość, która dzięki przyjaźni nie okazała się zabójcza, a wręcz przeciwnie – bardzo konstruktywna w skutkach. Kasiu naprawdę bardzo Ci dziękuję!


I co teraz?

Pod koniec września wróciłem do Rzymu, rozpoczynając nowy rok akademicki i wtedy wpadłem na pomysł, by założyć bloga i publikować na nim kolejne rozdziały, poprawiając i retuszując każdą partię tekstu przed jej umieszczeniem w sieci. Okazało się, że taki pomysł posiada same dobre strony:

Primo: Forma publikacji co dwa tygodnie i wracanie do książki w równych, ale sporych odstępach czasu, pozwalała zająć się już ważniejszymi sprawami związanymi z moimi studiami, by nie zawracać sobie ciągle głowy powieścią.

Secondo: Blog mógł docierać do szerszego grona czytelników i zainteresować tekstem, bo nadawał się do czytania zarówno na komputerze, jak i na telefonie, czy tablecie.

Terzo: Zainteresowanie opowieścią dawało w przyszłości szansę na wydanie tej lub kolejnej części w tradycyjnej formie.

Oczywiście nikt z szanownych Czytelników nie musi mi wierzyć na słowo (zwłaszcza, że nie mam zamiaru publikować kiedykolwiek tamtych „wypocin” dla porównania), ale warto wiedzieć, że podjęta na nowo praca przyniosła efekty w postaci dodatkowych wątków, przebudowanych dialogów, opisów i kilku innych „smaczków”. W toku tego procesu pojawiły się nieistniejące wcześniej sceny, mające właśnie różnicować sposoby ekspozycji, m.in. sen Rafaela z rozdziału szóstego oraz scena z dziećmi na zamku w rozdziale dziesiątym. Ta ostatnia jest szczególnie ciekawa, ponieważ w pierwszej wersji tekstu pojawiała się tylko jako krótkie stwierdzenie, że Rafael zapamiętał, iż kiedyś widział na zamku „pewien szkielet”. Potem to jedno zdanie stało się w nowej odsłonie całą sceną z bohaterami, których losy będziemy mogli poznać później.


Trochę za bardzo się rozpisałem, a miało być jeszcze o drugiej Kasi, więc na ciąg dalszy zapraszam za tydzień…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.