Skrytykować, a nie zniechęcić…

W poprzednim wpisie nakreśliłem początki tworzenia historii Rafaela, obiecując jednocześnie, że będę się dzielił informacjami o procesie wydawniczym. Warto jednak zachować porządek chronologiczny i zacząć od rzeczy, które miały miejsce wcześniej, sprawiając, że obecna wersja opowieści wygląda i prezentuje się tak, a nie inaczej.  Jest to też okazja do pierwszej części podziękowań, a te należą się bardzo wielu osobom za ich zaangażowanie, życzliwość i wsparcie.


Powiedzieć, czy nie powiedzieć?

Sam początek pisania szedł niczym burza: szybko, gwałtownie i niekontrolowanie. Jakkolwiek widziałem pewne błędy i niedoskonałości, to pozostawałem niezwykle poruszony tym, co w tak krótkim czasie udało mi się stworzyć. Z jednej strony chciałem natychmiast podzielić się z kimś odkrytą w sobie twórczością i „dziełem”, które napełniało mnie dumą (cytując antagonistę z filmu Adwokat diabła: „Pycha to mój ulubiony grzech”), a z drugiej odczuwałem niepewność, nurtującą serce i umysł mrocznym pytaniem: „Czy to, co robię faktycznie jest coś warte?”. Zatem podjąłem decyzję, że kilkanaście stron zapisanych w Wordzie, zawierających świeżutkie rozdziały, powędrują mailowo najpierw do mojej mamy (wiadomo, ile razy można wymijająco odpowiadać na pytanie: „Co u Ciebie słychać?”) oraz do Justyny W., zawsze jako pierwszej dowiadującej się o moich nowych pomysłach, a następnie także do Marty S., polonistki i mojej koleżanki ze szkoły, w jakiej razem uczyliśmy. Okazało się to bardzo dobrym wyborem, choć przyznaję z pokorą i bez bicia, bardzo subiektywnym i zachowawczym, ponieważ w duchu liczyłem właśnie na to, że nie zostanę zgaszony u progu mojej literackiej przygody. Na szczęście po lekturze opowiadania przez te osoby, wrócił do mnie nienajgorszy sygnał, że tekst nadaje się do czytania, więc podniesiony na duchu mogłem kontynuować pisanie. Dzisiaj, gdy wracam do tamtej wersji powieści, która wtedy jeszcze była opowiadaniem, to w wielu momentach wydaje mi się ona grafomańska, niedopracowana i z okrutną ilością błędów. Niemniej, gdyby w tamtym czasie ktoś mnie mocno skrytykował i wylał na głowę kubeł zimnej wody, prawdopodobnie na pierwszych rozdziałach by się wszystko skończyło…


Podziękowania – cz. I

Teraz mogę wyrazić moją wdzięczność tym trzem dzielnym niewiastom, dzięki którym pisanie nie skończyło się definitywnie, zanim tak naprawdę się zaczęło.

Dziękuję Marcie za sukcesywne wskazywanie oraz poprawianie błędów i niedociągnięć, dzięki czemu każda kolejna wersja tekstu (bo powstało ich kilka) stawała się coraz lepsza.

Dziękuję Justynie za wnikliwą lekturę i komentarze oraz wskazówki przy tworzeniu postaci Michela!

Dziękuję mojej mamie za wsparcie, dodawanie otuchy i wiarę w to, że bohaterowie w końcu dojdą do celu!

Pozwolę sobie zacytować jeszcze fragment maila od Marty z początku 2018 r. (zaraz po lekturze siódmego rozdziału):

Tomku, z ogromną przyjemnością przeczytałam Twój tekst i czekam na więcej! DZIĘKUJĘ! Jestem ciekawa, jak potoczą się losy Rafała i rodziny Mirona. Moim zdaniem bardzo ładnie prowadzisz narrację, wzbogacając ją barwnymi opisami (tak w sam raz; jak to jest z solą do zupy: nie za dużo, nie za mało, ale tak, aby było smacznie). Dzięki nim można wizualizować sobie miejsca i postaci (te ametystowe oczy :). Podoba mi się tajemnica, związana z bohaterami i przedmiotami, np. miecz, historia Tani i oczywiście sama postać Rafała. Dostrzegam inspirację Biblią, może Tolkien, może odrobinę Coelho… i więcej. Zatrzymywałam się przy sentencjach, które każdy czytelnik odnosi do swoich doświadczeń („…byś nigdy się nie bał”, „jeśli dumą z dzieci można mierzyć szczęście człowieka” itd.)

Czytałam bardzo powoli i zapisywałam drobne poprawki. Mam nadzieję, że kiedy przyjedziesz do Polski, będzie okazja, aby porozmawiać o Twojej książce.

Marta


Polski świat

Wnikliwemu czytelnikowi wyjaśniam, że w cytowanym mailu nie pojawił się błąd i główny bohater na początku naprawdę nazywał się Rafał. Wynikało to z mojego pomysłu, by całej historii nadać swojsko – polski charakter i by wszystkie postaci nosiły polsko brzmiące imiona i nazwiska. I tak gospoda w Mupoksie w pierwszej wersji tekstu nazywała się „Przystanek”, a jej właściciel „Kazimierski”, dzieci z piątego rozdziału: Robert, Julka… itd. Uff! Na szczęście każdy, kto miał kontakt z opowiadaniem, zgłaszał zarzut, że takie postawienie sprawy wydaje się nienaturalne, zgrzyta w konfrontacji z wymyślonym światem i przeszkadza w czytaniu. Nie było innego wyjścia, jak przepracować wszystko od początku!

Dlatego zamierzam wracać do tamtych momentów, stanowiących ważną część procesu, jakim było pisanie książki i teraz daje czytelnikowi obraz kolejnych, układających się w całość elementów, znajdujących w końcu właściwe miejsce.

W kolejnym wpisie mam nadzieję opowiedzieć o:

1) pewnej trudnej dla mnie rozmowie, podejmującej temat ekspozycji fabuły,

2) niespodziewanej odpowiedzi na publikację pierwszego rozdziału w Internecie.

Zapraszam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.