Rozdział IX – Las Strzelców

Rafael, który w ciągu ostatnich miesięcy poznał Michela i Nadię jako bardzo pojętnych i utalentowanych uczniów, przyglądał się im teraz z prawdziwym podziwem, chociaż starał się go ukryć pod maską stanowczości i spokoju. Minął tydzień od ucieczki z Mupoksu i mimo trudnych warunków, dzieci nigdy nie skarżyły się na zimno, niewygodę czy źle przespane noce.

Nie był to zresztą koniec niespodzianek, jakie kryła w sobie rodzina Mirona. Nauczyciel już wcześniej zwrócił uwagę, że Tania zabrała z domu niewielkie zawiniątko, które gospodyni nosiła przy pasie. Okazało się ono misternie uszytą sakwą z mnóstwem przegródek i schowków na zioła. Dzięki temu kobieta każdego dnia mogła przygotowywać herbatę z liści melisy, malin i rumianku, którą dzieci uwielbiały. „Na poprawę humoru” – mówiła gospodyni, częstując wszystkich pachnącym napojem. Rafael pił herbatę nie tylko ze smakiem, lecz także ze świadomością, że każda z roślin ma właściwości lecznicze, w szczególności przeciwgorączkowe.

Przedzierając się przez las, kierowali się cały czas na wschód, by jak najszybciej oddalić się od Mupoksu. Z zasłyszanych wcześniej informacji Rafael starał się ułożyć plan podróży: wiedział, że po wyjściu z Lasu Strzelców muszą się kierować na północny wschód, przejść przez Góry Smocze, przeprawić się przez rzekę Eredaan, a następnie znaleźć dolinę z wielkim jeziorem. To właśnie tam miała być umieszczona wskazówka, którą według zasłyszanych rozmów mogły rozpoznać tylko osoby uczestniczące w cesarskim spisku, a to właśnie ona miała doprowadzić do obozu buntowników.

Nauczyciel wolał na razie nie mówić dzieciom jak daleka jeszcze czeka ich droga, tym bardziej, że trzeba było myśleć o tak prozaicznych rzeczach jak jedzenie – niestety jego zapasy powoli się kończyły. Ta myśl szczególnie nie dawała spokoju Mironowi, który czuł się odpowiedzialny za swoją rodzinę, a jako rolnik po prostu nie wiedział, jak można zdobyć pożywienie w takim miejscu i o tak wczesnej porze roku. Odetchnął z ulgą, gdy jego przyjaciel zaczął rozmowę na ten temat.

– Polowałeś kiedyś? – zapytał Rafael przyjaciela.

– Nie. Całe życie pracowałem wyłącznie w polu.

– Na naukę nigdy nie jest za późno – uśmiechnął się nauczyciel. – Tylko najpierw musimy pomyśleć o jakiejś broni.

– Mamy przecież noże! – krzyknął ucieszony Michel, który z daleka usłyszał rozmowę mężczyzn.

– To prawda, ale raczej przydadzą się później – stwierdził dawny buntownik. – Teraz potrzebujemy czegoś, co pozwoli nam zapolować z dystansu. Z tego, co zauważyłem, w tym lesie jest mnóstwo drobnej zwierzyny.

– Przecież nie mamy łuków – zmartwił się Miron.

– W takim razie musimy je zrobić – powiedział swobodnie Rafael i popatrzył na najmłodszych. – Dla wszystkich. – Michel i Nadia aż podskoczyli z wrażenia.

Na początku drogi dzieciom nie brakowało wrażeń, ale od jakiegoś czasu wędrówka przez las stawała się coraz bardziej męcząca i monotonna. Michel i Nadia nie wiedzieli co ze sobą zrobić, żeby nie myśleć o trudach drogi, dlatego teraz propozycja Rafaela była dla nich jak urodzinowy prezent.

– Tutaj znajdziemy wszystko, czego potrzebujemy – stwierdził cesarski Protektor, rozglądając się po lesie. – Łuki zrobimy z jesionu, a strzały z leszczyny. Jesteśmy już dość daleko od Mupoksu i nic nie wskazuje na to, żeby ktoś nas szukał, więc nic się nie stanie, jeśli poświęcimy temu trochę czasu.

Następnie zabrali się do pracy, szybko znajdując młode jesiony o odpowiedniej wysokości i wycinając je.

– Drewno na łuk powinno być właściwie sezonowane – zmartwił się Rafael. – Takie świeżo wycięte straci dużo na dynamice… Ale przynajmniej nie powinno zbyt szybko się złamać – pocieszył dzieci.

Potem przyszedł czas na oczyszczanie drzew z kory. Dla wszystkich było to świetną zabawą, szczególnie gdy Rafael pokazywał w jaki sposób profilować broń, a następnie sprawdzał kolejno wszystkie łuki, ich kształt, długość naciągu i ułożenie ramion przyszłych strzelców.

Najlepiej radziła sobie Tania, która jak zauważył nauczyciel, tylko przez grzeczność słuchała jego uwag. Widać było, że doskonale wie co i jak ma zrobić.

Dzień skończyli w dobrych nastrojach i wszyscy byli z siebie bardzo zadowoleni. Nawet wyjątkowo chłodna noc nie zepsuła im dobrego humoru i już następnego dnia z entuzjazmem zabrali się za przygotowanie strzał do swoich łuków. Rafael tłumaczył, w jaki sposób je wykonać i odpowiednio zaostrzyć.

Pierwsze próby strzeleckie były dalekie od doskonałości i nawet nie było mowy o jakiejkolwiek precyzji, ale po jakimś czasie i wielu godzinach ćwiczeń, na krótkim dystansie strzały leciały prawie prosto.

– Na tym etapie to już duże osiągnięcie – stwierdził nauczyciel, który na pierwsze polowanie poszedł sam, ponieważ nikt oprócz niego nie potrafił jeszcze skutecznie korzystać ze swojej nowej broni. Wrócił po pewnym czasie, niosąc w ręku dwa zające i kuropatwę. Dzieci podbiegły do niego, oglądając z zainteresowaniem owoce polowania, lecz po chwili zrzedły im miny, gdy Rafael powiedział, że powinny też wiedzieć jak oprawia się zwierzęta i pozyskuje pióra. Nadia zasłaniała oczy, gdy zajęto się zającami, ale za to szybko i chętnie nauczyła się skubać pióra w taki sposób, by ich nie zniszczyć. Następnie Tania przygotowała pyszną potrawkę i po raz pierwszy od ponad tygodnia najedli się do syta.

Kolejne dni mijały w podobny sposób – najpierw jedli skromne śniadanie, najczęściej z tego, co zostało z poprzedniego dnia, a następnie udawali się w drogę. Rafael obserwując dzieci starał się, by pokonywali najwyżej kilkanaście mil, co było wystarczającym dystansem i pozwalało zachować siły na inne rzeczy. Oczywiście, gdyby mieli za sobą ścigających ich żołnierzy, byłoby to zdecydowanie za mało, jednak nic na to nie wskazywało, więc mogli sobie pozwolić na wolniejsze tempo.

Wczesnym popołudniem zatrzymywali się na nocleg i resztę dnia wykorzystywali na ćwiczenie strzelectwa. Ku zdziwieniu wszystkich okazało się, że najlepiej radzi sobie Nadia. Dziewczynka znakomicie czuła się z łukiem, jednak tylko pod warunkiem, że nie musiała strzelać do zwierząt. Rafael nauczył ich jak robić lotki do strzał z ptasich piór, a ponieważ był to bardzo żmudny proces i na początku wymagał nabrania wprawy, pierwsze strzały nie wyglądały zbyt okazale. Na szczęście nikt się tym specjalnie nie zrażał. Także w tym przypadku najlepsza okazała się Nadia, która przy robieniu strzał miała naprawdę anielską cierpliwość.

W międzyczasie Rafael uczył przyjaciół poruszania się po lesie: w jaki sposób odnajdywać kierunek drogi po wyglądzie roślin i gdzie szukać legowisk zwierząt, pokazywał  i opowiadał o roślinach i ziołach, które napotykali oraz ich zastosowaniu, a także jak wytworzyć proste pułapki na małe zwierzęta. Wskazał im też miejsca i sposoby, dzięki którym można się szybko ukryć.

Po kilkunastu dniach, obserwując ich postępy, nauczyciel uznał, że Miron nabrał już wystarczającej wprawy w posługiwaniu się łukiem i zabrał go ze sobą na polowanie. Dopiero po wielu godzinach udało im się upolować jednego zająca. Rafael dziękował w duchu, że trafili na duże skupisko zwierzyny, bo tylko dzięki temu zabłąkana strzała przyjaciela trafiła w końcu do celu. Miron wrócił do żony i dzieci dumny jak paw, pokazując upolowane zwierzę, jednak potem nie miał nic przeciwko temu, żeby Rafael zaczął zabierać ze sobą coraz częściej Michela. Byłemu gospodarzowi bardzo odpowiadało to, że nie musiał się już skradać po lesie i będzie się zajmował zwierzętami zdobytymi przez kogoś innego.

Michel istotnie poruszał się cicho, szybko, był bardzo zwinny i coraz lepiej radził sobie z łukiem. Za to, ku prawdziwemu zdumieniu Rafaela, prawdziwą mistrzynią okazała się Nadia, która nie tylko nauczyła się bezszelestnie poruszać po lesie, ale także bezbłędnie strzelać. Nauczyciel żałował tylko, że dziewczynka nie chciała mierzyć do zwierząt, bo to znacznie skróciłoby każde polowanie. Po jakimś czasie zgodziła się jednak, że może płoszyć zwierzynę albo zmienić kierunek ucieczki jakiegoś stworzenia, ale nic ponadto. Rafael uznał, że zawsze dobre i to.

Postępom swoich bliskich przyglądała się Tania, która sama wolała stać z boku. Gdy brała swój łuk do ręki, nie miała do niego serca ani specjalnej ochoty.

Pewnego popołudnia, dzieci urządziły sobie w lesie tor przeszkód, a dorośli siedzieli przy rozpalonym ognisku, ciesząc się blaskiem coraz cieplejszego dnia.

– Niebawem powinniśmy wyjść z Lasu Strzelców – powiedział Rafael i oparł się wygodnie o pień drzewa.

– Jesteśmy już dwadzieścia siedem dni w drodze – stwierdził Miron, który skrupulatnie liczył wszystkie wschody i zachody słońca. – Prawie miesiąc… To już najwyższy czas. Mam dość tego lasu.

– Tylko jakoś ci nie przeszkadzało, że szliśmy żółwim tempem – żachnęła się Tania. – Ale przynajmniej dzięki temu jesteśmy w dobrej formie. Jak na te warunki, oczywiście…

– Masz rację – Rafael przymknął oczy i skrzyżował ręce na piersi. – Jeśli mnie pamięć nie myli, Las Strzelców rozciąga się na prawie trzysta mil, a zdarzało się, że pokonywaliśmy najwyższej kilka dziennie, a to faktycznie bardzo mało. Ale nie mam poczucia zmarnowanego czasu – nauczyciel otworzył oczy szukając wzrokiem Michela i Nadię. – Niestety, przeprawa przez góry będzie dużo trudniejsza i wymagająca. Musimy się dobrze przygotować.

– Co masz na myśli? – zapytał Miron.

– Słabo znam te strony, ale Góry Smocze nigdy nie słynęły z gościnności ani bogactwa w zwierzynę łowną, więc na pewno trzeba zabrać zapasy na drogę. Tak się składa, że mamy dobre miejsce na obóz, więc możemy tu zostać dzień czy dwa i jutro z samego rana pójść z dziećmi na polowanie. Was proszę o przygotowanie odpowiedniego rusztowania, by można było wysuszyć mięso.

– Jak myślisz, ile nam zajmie przejście przez góry? – zapytała Tania.

– Trudno powiedzieć… – zastanowił się nauczyciel. – Mam nadzieję, że nie więcej, niż cztery, pięć dni.

– A właściwie dlaczego te góry nazywają się Smocze? – zapytał Miron.

– Z legend, jak to zwykle bywa… Wiadomo, że żyło tu wiele gatunków dzikich zwierząt i to jedne groźniejsze od drugich – Rafael nie zdziwił się, gdy dosiadły się do nich dzieci, już od jakiejś chwili strzygące uszami i wyłapujące każde słowo. – Najbardziej niebezpieczne były shagreeny, ogromne jaszczury, które podobno umiały ziać ogniem.

– Tak jak prawdziwe smoki?! – krzyknęła Nadia.

– Właśnie dlatego mówi się, że w każdej legendzie jest ziarnko prawdy – zaśmiał się były buntownik. – Shagreeny faktycznie trochę przypominały smoki z bajek, jednak były niebezpieczne nie przez to, że ziały ogniem, ale dlatego, że były bardzo duże i niesłychanie szybkie.

– To niby skąd to wiadomo? – obruszył się Miron.

– Kiedyś grupie poszukiwaczy udało się znaleźć szkielet jednego osobnika. Zrobiono bardzo gruntowne badania, dzięki którym wiemy o nich całkiem sporo. Za moich czasów w Melexii, tamten szkielet znajdował się w cesarskim pałacu, zajmując połowę naprawdę dużej komnaty.

– Widziałeś go? – zapytał Michel.

– Tak – Rafael pokiwał głową. – Nie wyobrażam sobie spotkania z czymś takim w cztery oczy. Całe szczęście, że już wyginęły.

– A co im się stało? – zapytała dziewczynka.

– Do końca nie wiadomo, ale od dziesiątek lat nikt żadnego nie widział.

Zanim zrobiło się ciemno, dzieci z matką przygotowały kilka dodatkowych strzał, mężczyźni zebrali drewno na opał, a następnie wszyscy poszli spać wcześniej niż zwykle, żeby z samego rana udać się w głąb lasu na polowanie.

Tuż po wschodzie słońca Rafael obudził dzieci, którym Tania przygotowała gorącą herbatę i skromne śniadanie. Parujący napój wyraźnie ich ożywił, a jedzenie wzmocniło i po chwili byli już gotowi do drogi.

Gdy nauczyciel z dziećmi zniknęli w leśnej gęstwinie, Miron planował w jaki sposób przygotować miejsce do zasuszenia mięsa i był w swoim żywiole. Chociaż nie było mowy o wybudowaniu nawet prowizorycznej wędzarni, miał zamiar zrobić wszystko najlepiej jak tylko się dało. Odkrył miejsce, które znajdowało się w pobliżu, gdzie wiosenny wiatr był wyraźnie silniejszy i z powodzeniem powinien załatwić sprawę.

Tania tylko na początku starała się pomóc mężowi, ale gdy zorientowała się, że ten wcale nie potrzebuje jej pomocy, stwierdziła, że lepiej pójdzie do lasu nazbierać ziół i zniknęła na kilka godzin. Gdy wróciła, Miron już prawie kończył pracę, ale Rafaela z dziećmi jeszcze nie było. Zabrała się więc za przyrządzanie obiadu, który po niecałej godzinie był gotowy i pachniał, intensywnie bulgocąc w kociołku. Prawie w tym samym momencie wrócili myśliwi, a Nadia patrzyła na upolowane zwierzęta ze łzami w oczach. Rafael niósł na ramionach zające, a Michel dźwigał upolowane ptactwo. Poszło im lepiej, niż się spodziewali.

Mężczyźni oprawili zające, a kobiety oskubały pierze, przy czym Nadia bardzo starannie wybrała najlepsze pióra, odkładając je w osobne miejsce. Rafael pochwalił pracę Mirona, który oprócz rusztowania zbudował także solidne ogrodzenie, by dzikie zwierzęta nie mogły się dobrać do przygotowywanych zapasów. Gdy skończyli pracę, mogli wreszcie odpocząć.

Tania wyjęła nazbierane zioła i zaczęła je równo układać, starannie porządkując. Nieco zdziwiony Rafael rozpoznał stokrotki, dziurawce, babki, pączki brzozy i wiele innych roślin, o których wiedział, że nie kwitną wiosną, ale znacznie później. Gdy powiedział o tym Tani, przyjaciółka odpowiedziała po prostu:

– Każdy las ma swoje tajemnice do odkrycia.

– Zdaje się, że nie tylko las… – szepnął pod nosem Rafael.

– Sam mówiłeś, że to najbardziej zalesiony obszar w południowej części prowincji, a w dodatku jeszcze osłonięty od wschodu pasmem Gór Smoczych. To warunki, które pozwalają rosnąć wielu rzadkim roślinom, a pozostałym zakwitać wcześniej.

– A na co są te zioła? – zapytał wędrowiec.

– Nie udawaj – skrzywiła się Tania. –  Znasz się na nich nie gorzej ode mnie.

– Z tą różnicą, że moja historia jest już znana – cesarski dworzanin spojrzał kobiecie prosto w oczy. – Natomiast ty nadal nic o sobie nie powiedziałaś.

– Fakt, trzeba ci przyznać, że zachowałeś się wtedy dyskretnie – uśmiechnęła się Tania. – Kiedy udało ci się odkryć tajemnicę mojego pochodzenia, byłam pewna, że opowiesz o nim Mironowi, a ja nie chciałam, by dowiedział się o tym w taki sposób, więc chwilę później mieliśmy długą małżeńską rozmowę.

– Nie zdziwiłeś się? – zapytał Rafael przyjaciela, który siedział teraz obok żony.

– Wiedziałem od początku, że Tania była sierotą i trafiła do Mupoksu z jakichś dalekich stron wraz z grupą kupców, na krótko przed wybuchem epidemii. To właśnie ona, wraz z moją matką i bratową, opiekowała się chorymi w świątyni, a  potem zajęła się także mną, gdy zachorowałem.

– Nie mówiłeś mi o tym…

– No takA na czym to ja wtedy skończyłem? – zastanowił się Miron. – A, już pamiętam, na śmierci mojego brata… Gdy pochowaliśmy go obok pozostałych, okazało się, że przyszła pora i na nas. Razem z ojcem trafiliśmy do świątyni i właśnie wtedy poznałem Tanię, która się nami zaopiekowała.

– Bo ty oczywiście nie zachorowałaś… – rzekł nauczyciel, przyglądając się przyjaciółce.

– Przecież wiesz, że mam immunitet…

– No tak… cecha Desertian, która zawsze budziła zazdrość u innych… Jesteś odporna na każdą chorobę?

– Nie… ale na większość.

– A co z dziećmi? Przygotowujesz te zioła i herbaty, bo nie odziedziczyły po tobie odporności?

– Mają w sobie połowę desertiańskiej krwi, ale ich organizm ciągle się rozwija, więc nie chcę ryzykować – stwierdziła zatroskana matka. – Myślę jednak, że odziedziczyły sporo, bo w przeciwnym razie już od dawna leżałyby w gorączce i złapałyby nie wiadomo ile infekcji.

–  A jak udało ci się uratować Mirona?

– To nie było takie trudne, ponieważ jego organizm był wyjątkowo silny… Gdyby nie to, że wracał do Mupoksu w takim pośpiechu, prawdopodobnie w ogóle by nie zachorował. Wystarczyło tylko trochę ziół wzmacniających i troska, żeby się nie odwodnił.

– A twój ojciec?

– On już nie walczył – powiedział smutno Miron. – Pogodził się z losem i był zbyt wyczerpany. Często w gorączce wypowiadał imię mojej matki. Tuż przed śmiercią wydawało się, że zaczął odzyskiwać siły. Opowiadał o gospodarstwie, o tym, co trzeba będzie zasiać i jak urządzić pokój dla dzieci. Byliśmy pewni, że wracał do zdrowia. Kolejnej nocy zmarł we śnie. Na jego ustach pozostał ten sam uśmiech, który mu towarzyszył, gdy patrzył na moją matkę.

– Bardzo mi przykro…

– Prawda jest taka, że gdyby nie Tania, ja też prawdopodobnie bym się poddał – stwierdził były gospodarz, patrząc z miłością na żonę. – To ona na nowo obudziła we mnie chęć do życia, która szybko przemieniła się w uczucie.

– Nie zdziwiło cię, że ona nie zachorowała?

– Było więcej takich osób. Uznano, że po prostu mieli szczęście albo większą odporność, co w sumie na jedno wyszło.

– A jak to wyglądało z twojej strony, Tania?

– Miałam wtedy siedemnaście lat – zaczęła Desertianka. – Kupcy, z którymi przybyłam do Mupoksu, byli przyjaciółmi moich zmarłych rodziców. Nie byli Desertianami i zaraza zniszczyła ich organizm już po kilku dniach od wybuchu epidemii. Starałam się im jakoś pomóc, ale nie mieli żadnych szans. Potem zaczęłam zajmować się innymi chorymi i tak poznałam matkę Mirona. Jeszcze nigdy nie widziałam tak dzielnej kobiety. Zaprzyjaźniłyśmy się. Kiedy umarła, myślałam, że pęknie mi serce. I potem do świątyni trafił Miron z ojcem.

Tania dyskretnie starła łzę, która spłynęła jej po policzku.

– Jego matka często mi o nim opowiadała, martwiąc się, że nie wie co się z nim dzieje i niepokojąc się o jego los. Słyszałam wielki smutek w jej głosie, lecz nigdy nie wyczułam w nim żalu, co trochę mnie zdziwiło, bo byłam wychowywana w tradycji, że trzeba mścić doznane krzywdy, a nie je wybaczać. Dlatego na początku na samą myśl o nim czułam niechęć graniczącą ze wstrętem, ale gdy tylko poznaliśmy się bliżej, coś się zmieniło. Zobaczyłam w nim człowieka o wielkich zaletach i niezwykle dobrym sercu.

– I tak po prostu zostaliście małżeństwem?

– Nikogo nie musieliśmy pytać o zgodę, bo oboje byliśmy sierotami – stwierdził Miron. – Wbrew wszelkim tradycjom, pobraliśmy się na początku lata i zaraz potem zamieszkaliśmy razem. Dla całego Mupoksu był to bardzo trudny czas, pełen smutku, niepokoju i biedy. Nam jednak, w popiołach tego dramatu, którego byliśmy świadkami, udało się odnaleźć szczęście. Postanowiliśmy żyć dla tych, co już odeszli.

– Potem przyszli na świat Michel i Nadia – gospodyni spojrzała na dzieci. – Wszystko powoli zaczęło wracać do normy.

– I nigdy nie rozmawialiście o twoim pochodzeniu?

– Wtedy te rzeczy nie miały żadnego znaczenia – stwierdziła Tania. – Miron wiedział, że przyszłam z południa i byłam sierotą, i nie potrzebował wiedzieć nic więcej.

– A twoje wykształcenie? Dlaczego postanowiłaś je ukryć?

– Wydaje mi się, że to był taki rodzaj mojego buntu…

Rafael uniósł brwi, nie rozumiejąc co ma na myśli przyjaciółka.

– Wczuj się w moją sytuację! Wcześniej żadna wiedza nie była w stanie ocalić moich rodziców ani potem chorych na zarazę w Mupoksie –  powiedziała Desertianka z naciskiem. – Odkryłam w sobie pragnienie, by żyć jak zwykły człowiek, jako żona i matka, z dala od filozofii, astronomii, alchemii czy innych bzdur, które gdy przyszło co do czego, na nic się nie przydały. I gdyby nie twoja wizyta w naszym domu, pewnie tak by już zostało…

– Swoją drogą ciekawe, jak potoczyłoby się nasze życie, gdybym cię wtedy nie spotkał – zastanowił się Miron.

Tania zaśmiała się pod nosem.

– Desertianie wierzą, że w życiu nie ma przypadków i wszystko na świecie dzieje się z jakiegoś powodu. Może kiedyś się dowiemy, po co zrujnowano życie spokojnej rodziny i porządnych gospodarzy?

– Ja tam nie wierzę w żadne przeznaczenie – powiedział Rafael. – A już na pewno nie w takie, które bezwzględnie kieruje naszym życiem…

– Tego nie powiedziałam – żachnęła się Desertianka. – Chodziło mi raczej o to, że czasem nawet nieszczęścia, niepowodzenia czy porażki, jeśli się je przetrwa, mogą jednak prowadzić do szczęśliwego zakończenia.

Tym razem Rafael wyglądał na rozbawionego.

– Coś podobnego mogły wymyślić tylko oczy zapatrzone w gwiazdy i umysły żyjące z dala od świata – rzekł nauczyciel z przekąsem. – Każdy z nas jest kowalem własnego losu i nawet jeśli uda się osiągnąć cel, to nie da się zapomnieć o bliznach i odniesionych ranach, czyli tak naprawdę przez większość czasu oddalamy się od szczęścia. Jeśli rzeźbiarz podczas swojej pracy wykona jeden fałszywy ruch, to odłupanej skały nie da się już doczepić ani dokleić i dzieło już nigdy nie będzie idealne.

– Zgadza się – pokiwała głową Tania. – Ale właśnie wtedy może się okazać, że artysta dostrzeże, iż może stworzyć w to miejsce coś innego, co może nie będzie już tak ogromne i monumentalne, jak planował na początku, ale przez to wcale nie mniej piękne.

Rafael nic nie odpowiedział, ale wyglądał na zamyślonego.

– Popatrz na nas i na dzieciaki – powiedziała cicho Desertianka, zwracając się do byłego Protektora. – Pomyślałbyś, że rodzina, u której zamieszkałeś, da radę przeżyć miesiąc w dzikim lesie? Nie wiemy co z tego, czego uczymy się dzisiaj, przyda się nam jutro, lecz jestem pewna, że każde doświadczenie za każdym razem otwiera nową drogę i możliwości, i nigdy nie zamyka drogi do szczęścia.

Zapadła cisza, w której słychać było szum lasu i bawiące się w oddali dzieci.

– Ja w każdym razie chętnie rozejrzałbym się za możliwością zjedzenia jeszcze czegoś i pójścia spać – stwierdził rzeczowym tonem Miron, kończąc filozoficzne dysputy. – Dość wrażeń jak na jeden dzień.

Następny rozdział…


Serdeczne podziękowanie dla Alicji Półtorak za wykonanie ilustracji do rozdziału 🙂

Osoby, które chciałyby zaprezentować swoją twórczość, związaną z historią Rafaela oraz Mirona i jego rodziny zapraszam do kontaktu!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.