Rozdział IV – Ojciec

Tekst w audiobooku >>kliknij<<


Coraz krótsze dni mijały szybko i wkrótce rozpoczął się nowy rok, przynosząc obfite opady śniegu i trzaskający mróz, który wszystkim dawał się we znaki. Każde wyjście na zewnątrz było teraz niezwykle przykrym doświadczeniem, ponieważ zimne powietrze dotkliwie atakowało każdą, nieodpowiednio zakrytą część ciała. Zaraz na początku zimy życie rodzinne przeniosło się do kuchennej izby, gdzie było najcieplej, a z czasem urządzono w niej także sypialnię.

Jeszcze zanim przyszły mrozy, Miron razem z synem i Rafaelem poświęcili kilka dni na uszczelnienie stodoły, zatykając wszystkie dziury i szpary oraz przygotowując pojemniki na paszę dla zwierząt, jednak teraz gospodarz obawiał się, że to może nie wystarczyć i za każdym razem szedł do zwierząt z niepokojem w sercu. Pocieszał się jednak myślą, że w ostatnich latach zima nigdy nie trwała zbyt długo, więc i tym razem wszystko powinno skończyć się dobrze.

Rafael w przerwie między lekcjami szukał okazji, by wrócić do rozmowy z Tanią, jednak nie miał możliwości, by zostać z nią w cztery oczy. Wiedział też, że lepiej nie zaczynać tego tematu przy Mironie, który najwidoczniej nie miał pojęcia o pochodzeniu swej żony. W końcu nauczyciel postanowił użyć prostego fortelu, ale musiał poczekać na odpowiedni moment.

Gdy siedzieli razem po skończonej kolacji, w izbie było prawie zupełnie ciemno. Jedynymi źródłami światła był żar rozpalonego pieca i świeca, która dogasała już na środku stołu. Rafael uznał, że to dobra chwila, żeby wprowadzić swój plan w życie.

– Opowiedz mi coś o swojej rodzinie – powiedział do gospodarza, jakby od niechcenia.

Rafael zorientował się, że gdyby tylko wzrok mógł zabijać, rozpalone oczy Tani, która od razu odgadła jego intencje, zamieniłyby go w kupkę prochu. Natomiast Miron, nieświadomy niczego, zamyślił się, jakby szukał drogi do dawno zakopanych wspomnień.

– To długa historia… – powiedział po chwili milczenia. – Nie wiem, czy jestem w nastroju…

– Skarbie, jeśli nie masz ochoty opowiadać, jestem pewna, że Rafael to zrozumie – powiedziała gospodyni słodkim głosem i zmrużyła oczy w wąskie szparki, jakby czegoś wypatrywała w półmroku.

– Tania ma rację – powiedział Rafael. – Wcale nie musimy o tym rozmawiać.

– Nie zrozum mnie źle…– powiedział poważnie Miron, który nie był pewny, czy chce podzielić się wspomnieniami ze swoim gościem.  – Po prostu nie jest łatwo wracać do życiowych błędów. Tania zna tę historię. Inna sprawa, że ona jest jej najlepszą częścią… Poczekaj, muszę tylko pomyśleć od czego zacząć… – gospodarz zamyślił się pogrążony we wspomnieniach i po chwili zaczął opowiadać:

– Moi rodzice byli gospodarzami, którzy nie tylko w Mupoksie, lecz w całej okolicy cieszyli się powszechnym szacunkiem. Byliśmy wszystkim znani, bo nasza rodzina uprawiała te ziemie z dziada pradziada. Miałem starszego brata, z którym zawsze żyłem w świetnej komitywie. To on miał przejąć gospodarstwo. Od małego ojciec uczył nas ciężkiej pracy, ale też zawsze sprawiedliwie wynagradzał. Gdy mieliśmy z bratem po lekko ponad dwadzieścia lat – on dwadzieścia trzy, ja dwadzieścia jeden – przyszły najlepsze lata dla gospodarstwa. Zbiory były ogromne! Moi rodzice zatrudniali dziesięciu parobków, którym wybudowali niedużą, drewnianą altanę obok domu, taką wiesz, na lato. Jakby tego było mało, któregoś roku mój ojciec postanowił zaryzykować i obsiał część pól jakimiś egzotycznymi nasionami, nabytymi od jednego z kupców. Swoją drogą on sam wyglądał jakby przybył z innego świata. Mówię ci, nie trzeba było chodzić do osady na targowisko, bo kupcy sami ustawiali się w kolejkę i prawie bili o nasze plony. I tak było przez kilka lat… – gospodarz uśmiechnął się i zdrowo pociągnął z kufla grzane piwo, które co jakiś czas Tania przyrządzała na długie zimowe wieczory.

– Mój ojciec w przeciwieństwie do większości gospodarzy chciał nam wypłacać pensję z części zysków, chociaż normalnie synowie chłopów nie dostawali żadnych pieniędzy. Większość gospodarzy w okolicy patrzyła na niego jak na wariata. On zaś mówił, że chce nas uczyć w ten sposób odpowiedzialności. Mój brat ciułał każdy grosz i rozglądał się już za jakąś panną. Ja natomiast wciąż byłem jak dziecko, nieodpowiedzialny i strasznie głupi. – skrzywił się Miron. – Każde zarobione pieniądze zawsze przehulałem w gospodzie. Miałem gest: nikt, kto należał do mojego towarzystwa, nie mógł siedzieć przy pustym kuflu. Stąd zawsze wokół mnie kręciło się sporo „przyjaciół” i jeszcze więcej dziewczyn. Moja matka była wściekła. Prosiła, błagała, próbowała mnie przekonywać do bycia rozważniejszym. Nie słuchałem jej. Potem starała się namówić ojca, żeby nie dawał mi już pieniędzy, ale ten odpowiadał, że skoro uczciwie pracuję, to nie ma powodu, abym ich nie dostawał. W międzyczasie mój brat się ożenił i razem ze swoją żoną zamieszkali z nami. Zajęli pokój, w którym teraz sypiają dzieci. Ojciec w tamtym czasie zaczynał już patrzeć na mnie krzywym okiem, dając do zrozumienia, że powinienem się ustatkować. Ja jednak byłem zadowolony ze swojego życia i w swojej naiwności myślałem, że tak będzie zawsze… – Miron przerwał opowiadanie i zaczął stukać palcami w blat stołu. Potem mówił dalej:

– Gdy skończyłem trzydzieści lat, mój brat z żoną byli już kilka lat szczęśliwym małżeństwem i mieli dwójkę dzieci. W naszej chacie zaczęło robić się ciasno. Ojciec widząc moje beztroskie życie, zaczął ograniczać mi wypłacane pieniądze, twierdząc, że skoro ja o tym nie myślę, to on musi zabezpieczyć mi przyszłość. Wtedy podjąłem decyzję, która później miała zaważyć na całym moim życiu. Poszedłem do mojego ojca i poprosiłem, żeby wypłacił mi pieniądze, które były moją ojcowizną. Wtedy ten pomysł wydawał mi się naprawdę bardzo dobry – powiedział Miron, mając wypieki na twarzy. – Wiedziałem, że moja prośba opróżni do dna ojcowską sakiewkę, ale nie powstrzymało mnie to przed decyzją. Tłumaczyłem sobie, że zostanie im dom i gospodarstwo, które przyniosą w kolejnych latach równie dobre zyski. Wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem w oczach mojego ojca prawdziwy żal, ale byłem tak przekonany o swojej racji, że nie zmieniłem zdania. Wyobrażałem sobie, że z takimi pieniędzmi będę mógł spokojnie urządzić sobie życie. Wymyśliłem, że udam się do Segardu i tam zamieszkam. W ten sposób chciałem uciec przez wzrokiem i uwagami moich najbliższych, którzy przecież od początku mieli rację, choć wtedy za nic na świecie bym tego nie przyznał – Tania, która chwilę wcześniej usiadła obok męża, teraz oparła głowę na jego ramieniu.

– Przed wyruszeniem z domu kupiłem sobie bardzo porządne ubranie oraz odpowiednie zapasy na drogę i tak wyszykowany udałem się w podróż, żegnany przez bardzo smutne spojrzenia moich bliskich. Dopiero po miesiącu dotarłem do stolicy prowincji, ponieważ po drodze zatrzymywałem się praktycznie w każdej karczmie i zajeździe. Na miejscu zacząłem rozpytywać ludzi o jakąś pracę, ale synowi rolnika, bez żadnego zawodu, nikt nie miał niczego do zaproponowania. Pomyślałem, że spędzę zimę wynajmując pokój w jakiejś niedrogiej gospodzie i nacieszę się wolnością oraz pobytem w mieście. Przez krótką chwilę wszystko wydawało się proste i jedynie jakieś drobiazgi były moimi zmartwieniami… – powiedział Miron, kręcąc głową z niedowierzaniem.

– Szybko przekonałem się, że takie życie jest drogie i za wszystko trzeba płacić. Po kilku miesiącach, gdy wreszcie przyszła wiosna, zacząłem znowu rozglądać się za pracą. Wielu gospodarzy miało dla mnie coś do roboty, ale okazało się, że płacili mniej, a wymagali znacznie więcej niż mój ojciec od swoich parobków. Często się z nimi kłóciłem, wytykając im błędy i narzekając na niskie zarobki. U nikogo nie zabawiłem dłużej niż kilka tygodni. Nie miałem jednak zamiaru wracać. Czasami zastanawiałem się, co słychać w moim rodzinnym domu i wtedy wypytywałem kupców, którzy przybywali z Mupoksu, o gospodarza mieszkającego za bramą południowo-zachodnią. Za każdym razem upewniałem się, że moi bliscy mają się dobrze. Wiedziałem też, że moja bratowa spodziewa się trzeciego dziecka.

Rafael od początku słuchał Mirona, łowiąc każde słowo. Musiał przyznać, że nie tego się spodziewał, prowokując pytanie o rodzinę. Teraz jednak był coraz bardziej ciekaw, jak ten młody człowiek stał się gospodarzem, u którego zamieszkał kilka miesięcy temu. Co musiało się stać, że zaszła w nim aż taka przemiana? I gdzie są teraz jego bliscy, którzy przecież mieszkali w tym domu?

– W tym właśnie miejscu zaczyna się ta smutna część mojej historii – głos gospodarza wyrwał Rafaela z zamyślenia. – Pewnego dnia, gdy wracałem z pracy, zobaczyłem grupę cesarskich żołnierzy stojących na samym środku rynku. Nerwowo rozmawiali między sobą i wyglądali na bardzo przejętych. Wokół nich zaczęli gromadzić się mieszkańcy miasta. Wszyscy byli ciekawi, co sprowadziło tak niespodziewanie nowy oddział wojska. Podchodząc coraz bliżej, zauważyłem, jak z tłumu wybiegają ludzie i pędzą w różnych kierunkach. Gdy byłem na tyle blisko, że dochodziła do mnie treść rozmów, usłyszałem słowo, które zmroziło mi krew w żyłach: „zaraza”. Rozejrzałem się i zobaczyłem, że wszyscy są przerażeni. Próbowałem jakoś zebrać myśli, bo na początku zakręciło mi się w głowie. Moją pierwszą myślą był strach o własne życie. Dochodziły do mnie tylko fragmenty zdań, które wypowiadali wokół mnie ludzie: „Ale gdzie? Tu w mieście?”, „Nie, ale już na terenie prowincji”, „Żołnierze przybyli, by objąć poszczególne miejsca kwarantanną”, „Czym objąć?”, „No, żeby nikt nie mógł wchodzić ani wychodzić”, „Słyszałem, że umarło już mnóstwo osób”, „Ktoś wie, gdzie się zaczęło?”, „Słyszałem od kogoś, że w jakiejś małej osadzie na południowym wschodzie”, „Jak ona się nazywała?”, „Mupoks! Pamiętam dobrze, że tak mówili żołnierze”. – Miron zrobił przerwę w opowiadaniu i na chwilę schował twarz w dłoniach.

– Pociemniało mi w oczach, gdy usłyszałem nazwę mojej osady. Do dziś zresztą dźwięczą mi w uszach tamte słowa. To było naprawdę straszne. W jednej chwili przestałem bać się o siebie, a zacząłem drżeć o moich bliskich. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że coś mogło im się stać. Wiedziałem, że muszę natychmiast wracać. Czułem, jakby ktoś przygniótł mi serce jakimś wielkim kamieniem. Pobiegłem do gospody po swoje rzeczy i już za chwilę byłem gotowy do drogi. Wybiegłem z miasta i gnałem przed siebie. Zatrzymałem się dopiero po przebyciu kilku mil, gdy nie mogłem już złapać oddechu i czułem, jak pali mnie ogień w piersi. Zmęczenie sprawiło, że mogłem jaśniej pomyśleć o obecnej sytuacji i uświadomiłem sobie, jak bardzo jest beznadziejna. Zacząłem iść dalej szybkim krokiem, bo wiedziałem, że liczy się każda sekunda. Do głowy przychodziły mi najczarniejsze myśli: „Zostawiłem ich samych…  bez pieniędzy, które teraz mogłyby ratować im życie”. Ty skończony durniu! „Są teraz sami… Może nie ma nikogo, kto mógłby się nimi zająć, bo każdy się boi wyjść ze swojej chaty…”. Ty idioto! „A co, jeśli stało się najgorsze?” Ty cholerny egoisto! To były słowa, które towarzyszyły mi w czasie drogi. Miałem wrażenie, że oszaleję albo coś sobie zrobię. Wtedy odkryłem, że najgorszy ból jaki może istnieć, to wyrzuty sumienia.

– Drogę powrotną do Mupoksu pamiętam jak przez mgłę. Byłem w takim stanie, że nie odróżniałem dnia od nocy. Widziałem tylko drogę. Zatrzymywałem się jedynie wtedy, gdy już naprawdę zasypiałem na stojąco, ale ten sen nie przynosił wypoczynku, lecz same koszmary. Musiałem wyglądać kiepsko, bo niektórzy podróżni bez proszenia wciskali mi w rękę kawałek chleba albo podawali łyk wody. Mijałem po drodze grupy żołnierzy – przepuszczali mnie, gdy mówiłem, że idę do rodziny. Widziałem coraz więcej ułożonych z ciał zmarłych, płonących stosów, które śmierdziały niemiłosiernie i napawały grozą. Wreszcie po pięciu dniach dotarłem na miejsce.

Z daleka zobaczyłem moją osadę otoczoną nie tylko palisadą, ale i oddziałem wojska. Gdy żołnierze mnie spostrzegli, odwrócili się w moją stronę i wyciągnęli broń.

– Idę do rodziny – krzyknąłem do nich z daleka, nie zatrzymując się ani nie zwalniając kroku.

– W mieście jest zaraza – odkrzyknął jeden z nich. – Nie można wchodzić ani wychodzić!

– Ja muszę! – zawyłem z rozpaczy. – Tam są moi bliscy!

– Raczej byli… – stwierdził bezlitośnie inny. – Z tego co wiemy, bardzo dużo osób zmarło. Gdzie mieszkali twoi?

– W gospodarstwie po drugiej strony osady, zaraz za bramą południowo zachodnią! – wyrecytowałem jednym tchem.

– Jeżeli zachorowali, a jeszcze żyją, to muszą być w świątyni – stwierdził żołnierz. – Tam przenosi się wszystkich, których dotknęła zaraza. Pozostali objęci są aresztem domowym i mają zakaz opuszczania domów.

– Wpuśćcie mnie, błagam! – powiedziałem, patrząc w oczy każdemu z nich i szukając wsparcia.

– Masz świadomość tego, że potem nie wyjdziesz? – zapytał jeden, który dołączył do rozmowy, a wyglądał na dowódcę. – Mieszkańcy wiedzą, że jeśli ktoś zbliży się do bramy, dostanie strzałę między oczy…

– Zgoda, zgoda… – powiedziałem nieprzytomnie. – Tylko pozwólcie mi wejść do środka.

Ten, który wydawał się dowódcą, skinął głową na pozostałych i ci zrobili mi przejście. Rzuciłem się biegiem w kierunku miasta, przebiegłem kawałek ulicy i przerażony wpadłem do świątyni. W środku było kilkanaście osób, które leżały na siennikach lub na gołej ziemi i jęczały z bólu. Cuchnęło chorobą, a w powietrzu unosiły się strach i śmierć. Nigdzie nie mogłem wypatrzyć moich bliskich. Próbowałem wołać ich po imieniu, ale nikt się nie odezwał. Wybiegłem na zewnątrz i przez ulicę morską pobiegłem do bramy, prosto do gospodarstwa mojego ojca. Gdy byłem już blisko, zobaczyłem drzwi wymalowane białą farbą – to znak, że w środku ktoś zachorował. „Ale nikogo nie było w świątyni… czy to znaczy…?” Strach ścisnął mi gardło. Nie zastanawiałem się nad tym, tylko bez żadnego pukania wszedłem do środka. Mój ojciec siedział nieruchomo przy stole i miał głowę schowaną w dłoniach. Na blacie znajdował się bukiet róż z ogrodu matki – uwielbiała kwiaty, starając się, by w domu były za każdym razem świeże i pachnące. Ich widok jeszcze mocniej przeszył mi serce, gdyż róże w glinianym wazonie były sczerniałe, uschnięte i wyglądały po prostu żałośnie. Gdy ojciec podniósł wzrok, zrobił minę, jakby zobaczył ducha.

– Ojcze, wróciłem – powiedziałem i łzy napłynęły mi do oczu. Ojciec wstał od stołu, podszedł do mnie i rzucił mi się na szyję, a była to ostatnia rzecz, jakiej się spodziewałem.

– Tak mi przykro – szlochałem w jego ramię. – Tak bardzo żałuję, że was zostawiłem!

Ojciec nic nie mówił, ale jego uścisk wyrażał wiele. On też płakał.

– A gdzie pozostali? – spytałem, gdy byłem już w stanie coś z siebie wydusić. Ojciec wskazał izbę po prawej stronie. Zza uchylonych drzwi zobaczyłem leżącego na łóżku brata, który miał ropne wrzody na twarzy i rękach, wystających spod okrycia. Gdy zbliżyłem się do niego, spostrzegłem, że śpi i jest sam w izbie. Odwróciłem się do ojca z niemym pytaniem na twarzy.

– Na początku zachorowały dzieci, od razu cała trójka – zaczął opowiadać ojciec. – Wtedy twoja matka i bratowa zdecydowały, że udadzą się do świątyni, gdzie nakazano przenosić chorych, by się nimi zajmować. Oprócz nich przyszło kilka innych kobiet z najbliższych gospodarstw, gdzie też byli chorzy. Grupa ochotników, złożona z mężczyzn,  przenosiła chorych do świątyni z tych domów, na których pojawił się znak wymalowany białą farbą. Zgłosiło się sporo osób, w tym ja i twój brat. To były straszne dni. Zielarz prawie od razu udostępnił wszystkie swoje zapasy, ale chorych cały czas przybywało, a zaraza nie ustępowała. Nie mieliśmy eliksirów, bo wszystkie wykupili kapłani i odeszli, zanim żołnierze zamknęli dostęp do osady. Tłumaczyli, że dostali polecenie, by dostarczyć je do stolicy prowincji – zrobiłem wielkie oczy, bo po drodze nie spotkałem ani jednego kapłana.

– Już po kilku dniach śmierć zaczęła zbierać żniwo – mówił dalej ojciec. – Nie było żadnej reguły: umierały dzieci i starcy, kobiety i mężczyźni. Bez przerwy przynosiliśmy chorych do świątyni, ale coraz częściej musieliśmy kopać nowe groby. Nikt się nie zgodził na palenie ciał zmarłych. Podobno po śmierci zaraza traci swoją moc, ale nie miało to żadnego znaczenia. Chcieliśmy być z tymi, którzy odeszli… – ojciec zrobił przerwę, a ja spuściłem głowę, bo już wiedziałem co usłyszę. – Najpierw umarły dzieci: po czterech, po sześciu i po trzynastu dniach. Zaraz po nich umarła twoja bratowa. Nie zdążyła zachorować… Myślę, że umarła z rozpaczy. Wtedy twoja matka postanowiła nie wracać już do domu. Chciała zrobić wszystko, by pomóc pozostałym. Zostało przy niej kilka najdzielniejszych kobiet, które stwierdziły, że są już za stare, by bać się śmierci i tylko jedna młoda dziewczyna.

– Byłem w świątyni, zanim dotarłem do domu – usłyszałem swój własny głos. – Ale nie spotkałem tam matki…

– Zmarła trzy dni temu… – odpowiedział ojciec. Przetarł podkrążone i bardzo zmęczone oczy, z których teraz po policzkach płynęły łzy. – Przez prawie miesiąc nie poddawała się i była bardzo dzielna. Tylko dzięki niej niektórzy zaczęli pomagać chorym. Ale coś w niej pękło w momencie, gdy zachorował twój brat, a od ciebie nie mieliśmy żadnych wieści. To było dla niej zbyt wiele. Pochowaliśmy ją niedaleko naszego domu, obok synowej i wnuków – ojciec wskazał miejsce za oknem, które bardzo dobrze znałem.

Nie mogłem wydusić z siebie ani jednego słowa. Głowa pękała mi od setek myśli, a serce rozrywały na strzępy żal i smutek. To było zbyt wiele. Wiedziałem, że jeśli zaraz czegoś nie zrobię, to na pewno zwariuję.

– Ojcze, czy mogę wam jakoś pomóc?

– Twojemu bratu nie zostało już dużo czasu… – odpowiedział mi ojciec. – Mógłbyś z nim porozmawiać, kiedy się obudzi. Myślę, że będzie chciał cię zobaczyć…

Powiedział to tylko po to, żeby mnie pocieszyć. Wiedziałem, że to niemożliwe. Mój brat stracił wszystkich, których kochał, a teraz sam był o krok od śmieci. Ja natomiast odszedłem z rodzinnym majątkiem i przez rok nie dałem znaku życia. Oni walczyli o siebie nawzajem, podczas gdy ja nie potrafiłem zmierzyć się nawet z własnym egoizmem.

– Ojcze? – zerwaliśmy się na równe nogi, słysząc głos mojego brata zza drzwi. – Rozmawiasz z kimś?

– Tak. Twój brat wrócił – odpowiedział ojciec bez żadnych wstępów.

– Miron? – mój brat starał się podnieść, by zobaczyć, czy ojciec mówi prawdę. Udało mu się zaledwie trochę unieść głowę.

W jego oczach zobaczyłem mieszankę zaskoczenia, niechęci i… ulgi. Ojciec wstał, wszedł do jego pokoju i zamknął za sobą drzwi, zostawiając mnie samego w kuchni. Słyszałem, że rozmawiają. Ojciec mówił swoim spokojnym głosem, tak jakby coś tłumaczył, a mój brat tylko od czasu do czasu odpowiadał. Chociaż zżerała mnie ciekawość, nie chciałem podsłuchiwać.

W mojej głowie kotłowało się mnóstwo myśli. Nie mogłem uwierzyć, że nie zobaczę mojej matki, że nie porozmawiam z bratową, że nie uściskam jej dzieci. Poczucie winy było nie do wytrzymania.

– Twój brat chce z tobą porozmawiać – usłyszałem za plecami głos ojca.

Wszedłem do pokoju i usiadłem obok siennika, na którym leżał chory. Miał wielkie sińce pod oczami i zapadnięte kości policzkowe. Widziałem jak trawi go gorączka, która raz po raz wstrząsała pokaleczonym ciałem. Myślałem, że pęknie mi serce.

– A więc wróciłeś… Przez długi czas miałem do ciebie ogromny żal… – powiedział, patrząc w sufit. Nie odezwałem się ani słowem. Nie miałem zresztą nic do powiedzenia. – Za to, że odszedłeś, że nas zostawiłeś, że cię nie było, kiedy przyszła zaraza i kiedy oni umierali… –  z jego oczu zaczęły płynąć łzy.

– Nawet nie wiesz, co bym dał, żeby móc zmienić przeszłość… – powiedziałem, ale dał mi znak ręką, żebym umilkł.

– Nie ma sensu myśleć w ten sposób. Zrobiliśmy wszystko, co się dało. Przecież nikogo byś nie uratował, gdybyś tu był. Ale wróciłeś i to się liczy. Ojciec nie będzie sam… – widać było, że mówienie kosztuje go dużo siły. – Ja nie boję się śmierci. Teraz nawet na nią czekam, bo mam nadzieję, że ich spotkam. Mieliśmy dobre życie. Jeśli czegoś żałuję, to tylko tego, że za często się bałem. Nie tylko przez ostatnie tygodnie, ale znacznie dłużej. Wiele rzeczy, które robiłem, wynikało ze strachu: o oczekiwania rodziców, o rodzinę, o przyszłość, o pracę… Jakie to było głupie! – zakaszlał i zobaczyłem, że na ręce zostały mu ślady krwi. – Dobrze, że okazałeś odwagę. Wróciłeś, choć przecież wcale nie musiałeś. To jest ostatnia rzecz, którą chciałem ci powiedzieć… byś nigdy się nie bał! Strach to najgorszy przeciwnik… – powiedział i podniósł się resztkami sił, wyciągając rękę w moją stronę. Uścisnęliśmy się jak przystało na braci. Jakbyśmy znowu mieli po dwadzieścia lat.

Po chwili trwającej kilka sekund, a może kilka godzin, złożyłem na posłaniu martwe ciało mojego brata.

Rafael, słuchając Mirona, dyskretnie rozglądał się wokół, próbując wyobrazić sobie sceny, rozgrywające się w domu gospodarza – niemym ich świadku. Poruszyło go, że chata, która dała mu schronienie i stała się domem, była miejscem tak wielkich cierpień i smutku. Może dlatego Miron jako jedyny zaproponował mu nocleg w swoim domu tego pamiętnego wieczoru? Bo pamiętał słowa brata i się nie bał…

– To właśnie wtedy poznałem Tanię – powiedział gospodarz i po raz pierwszy od dłuższego czasu się uśmiechnął. – Ale to historia na inną okazję…

Nauczyciel podziękował i bez słowa udał się na swoje posłanie, natomiast Miron i Tania jeszcze przez jakiś czas siedzieli przytuleni do siebie, ale po chwili także oni udali się na spoczynek.

Następny rozdział…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.