Rozdział III – Michel i Nadia

Tekst w audiobooku >>kliknij<<


Miron wolał nie pytać Rafaela, gdzie był przez ostatnie dni i co robił, ani tym bardziej co się stało z mieczem, którego nie nosił już przy pasie. Gospodarz był przekonany, że wypytywanie wędrowca i tak nic da, uznał więc, że jeśli jego gość będzie chciał mu coś powiedzieć, to po prostu to zrobi. Zresztą codzienne obowiązki i praca w gospodarstwie kazały się skupić na innych rzeczach i skutecznie nie pozwalały krążyć myślom po szerokich wodach wyobraźni.

Rafael, zgodnie z zapowiedzią, bardzo szybko się uczył i już po tygodniu był doskonale zorientowany w sytuacji gospodarstwa. Miron patrzył na nowego znajomego – z jakiegoś powodu nie potrafił o nim myśleć jak o parobku – z nieskrywanym podziwem. Nawet Francis i Gulio musieli zmienić zdanie, bo choć z początku łypali krzywym okiem na nowego lokatora i pomocnika, szybko przekonali się, że można z nim nie tylko współpracować, ale i dobrze czuć się w jego towarzystwie.

W samym Rafaelu, gdy już podjął decyzję o pozostaniu w gospodarstwie, nastąpiła spora zmiana – nie wydawał się już mrukiem i teraz chętnie rozmawiał z domownikami, a oni po jakimś czasie zaczęli wręcz szukać jego towarzystwa, bo zawsze miał coś ciekawego do opowiedzenia. Okazało się, że ich nowy znajomy bardzo wiele podróżował i na własne oczy widział miejsca, które do tej pory uchodziły za egzotyczne albo wręcz zmyślone, jak mity czy legendy. W przeciwieństwie do kupców i podróżnych odwiedzających Mupoks, jego znajomość Cesarstwa nie kończyła się tylko na granicy prowincji.

Opowiadał o licznych miastach i osadach rozsianych po całym państwie. O życiu mieszkających tam ludzi, ich zwyczajach i tradycjach, zmieniających się w zależności od specyfiki danego regionu i zajęć mieszkańców. Gulio i Francis, którzy nigdy nie chodzili do żadnej szkoły i nie interesowali się geografią, po raz pierwszy dowiedzieli się, że Cesarstwo było podzielone na dziewięć regionów, nazywanych też prowincjami, a na czele każdego z nich cesarz ustanawiał swoich namiestników. Ci z kolei, mimo iż byli wasalami, cieszyli się dużą autonomią w stanowieniu prawa oraz mieli do dyspozycji własne wojsko. Rafael wyjaśnił Mironowi, że żołnierze z gospody należeli do Frumencji, regionu, na terenie którego znajdował się Mupoks.

Szczególne zainteresowanie opowieściami przybysza okazywały dzieci Mirona, na każdym kroku szukające obecności Rafaela, by zasypywać go gradem nowych pytań. Słuchały z szeroko otwartymi ustami i świecącymi oczami, kiedy wędrowiec opisywał wielkie kamienne miasta położone pośród Gór Północnych, w których żyli Ferrianie – olbrzymi, słynący ze sztuki kowalstwa.

– Chociaż nie mają oni opinii przesadnie gościnnych i zazdrośnie strzegą swoich sekretów, to można z nimi się dogadać, bo chętnie sprzedają swoje towary, szczególnie te gorszej jakości – dodał Rafael, uśmiechając się. – Lepsze zawsze zostawiają sobie, a najlepsze, zgodnie z lenną umową zawartą blisko sto lat temu, trafiają do cesarskiej zbrojowni w stolicy. Słyszałem też, że podobno kilku olbrzymów służy w armii cesarza.

Innym razem, gdy siedzieli przy stole po skończonym dniu pracy, przybysz opowiadał o ogromnym jeziorze, które znajdowało się przy zachodniej granicy Cesarstwa. Żyli tam Profondianie, rasa ludzi – jaszczurek. Zbudowali oni swoje miasto Aquarom na powierzchni wody i zajmowali się rybołówstwem, łowiectwem oraz budową barek i statków rzecznych, słynących z doskonałej jakości. Oprócz tego mieszkańcy wodnego miasta byli także znanymi łucznikami.

– Niektórzy wierzą, że wejście do ich prawdziwej siedziby, nie do osady zbudowanej na jeziorze, znajduje się za wodospadem, po drugiej stronie jeziora i prowadzi w głąb ziemi. – powiedział Rafael, wykonując gest, jakby odsłaniał firanę w oknie. – Sami Profondianie milczą na ten temat albo się z tego śmieją.

– I nikt nie próbował tego sprawdzić? – zapytała z ciekowością Tania.

– Nikt. Wystarczy zobaczyć to miejsce, by zrozumieć dlaczego – stwierdził już poważniej wędrowiec. – Gdyby ktoś z ludzi spróbował tylko zbliżyć się do wodospadu, ciężar wody zgniótłby go na miazgę.

Innym razem opowiadał o rozległych pustyniach, ciągnących się wzdłuż ogromnego kanionu, na południowo – wschodnich granicach Cesarstwa. Rafael przyznał, że co prawda nigdy tam nie był, a tylko nielicznym udało się przejść przez pustynię i bezpiecznie wrócić.

– Potem te osoby opisywały niebywale piękne miasto mieniące się kolorami złota i rubinu, a z jego środka wznosiły się w niebo liczne wieże o przeróżnych rozmiarach i kształtach – mówił wędrowiec, natomiast dzieci słuchały go jak zaczarowane. – Według tych opowieści ludzie z południa mieli mieć skórę podobną do kamienia, która nie tylko pozwalała im znosić wysoką temperaturę, ale także chroniła ich w czasie walki.

Miron po pewnym czasie zauważył, że Rafael nigdy nie opowiadał o sobie, bo nawet gdy opisywał kolejne miejsca, które odwiedzał, ani razu nie powiedział co tam robił ani czego szukał.

Wreszcie nadeszły żniwa i wszyscy mieli mnóstwo pracy. Była piękna, słoneczna pogoda, więc wszystkim dopisywał dobry humor, mimo wysiłku i strumieni potu, które lały się z czoła. Dzieci bez przerwy biegały zbierając zboże i wiążąc je w snopki, od czasu do czasu przynosząc pracującym mężczyznom, w specjalnie do tego przygotowanych manierkach, chłodny kompot do picia, przygotowany przez Tanię. Z czasem, gdy prace coraz bardziej posuwały naprzód i coraz bardziej oddalali się od domu, gospodyni przynosiła obiad, który rozkładała na ogromnym kocu i zapraszała wszystkich do „stołu”. Był to jedyny moment, kiedy przerywano pracę. Miron patrzył z uznaniem na Gulia i Francisa, którzy mimo wciąż pojawiających się odcisków na rękach, ani przez chwilę nie ociągali się w pracy. Gdy gospodarz ukradkiem zerknął na ręce Rafaela, nie dostrzegł ani jednego pęcherza czy odcisku.

Dzieci za to wykorzystywały każdą przerwę obiadową, by pytać Rafaela o kolejne, coraz dziwniejsze rzeczy.

– Naprawdę nikt obcy nie może wejść do stolicy? – zapytał Michel, robiąc wielkie oczy.

– Nikt kto nie ma zaproszenia. – odpowiedział Rafael, uśmiechając się do dzieci.

– A gdzie można dostać takie zaproszenie? – zaszczebiotała Nadia dziecięcym głosem.

– Ooo, to nie takie proste! – zaśmiał się podróżnik. – Żeby zapewnić bezpieczeństwo władcy, do Melexii mogą wchodzić tylko obywatele Cesarstwa, którzy mieszkają w mieście przynajmniej od trzech pokoleń. Są to nie tylko osoby związane z którąś z arystokratycznych rodzin albo z samym cesarzem, ale także artyści, pisarze, naukowcy, rzemieślnicy, kucharze i służba. Jednym słowem – wszyscy, którzy pracują dla władcy.

Oprócz tego każda prowincja ma do swojej dyspozycji jeszcze określoną liczbę glejtów, czyli specjalnych przepustek, pozwalających na wejście do miasta. Gdy dwór cesarza od czasu do czasu potrzebuje nowych ludzi, wysyła zapotrzebowanie na określonego pracownika: kowala, płatnerza, czy też nauczyciela. Wtedy o taki glejt u swoich namiestników mogą starać się mistrzowie cechów, którzy chcą wyruszyć do stolicy. Oczywiście po przybyciu na miejsce muszą się jeszcze wykazać swoim kunsztem. Potem wybiera się najlepszego, który dostaje prawo zamieszkania w Melexii, a jego glejt wraca do namiestnika regionu, z jakiego pochodził, zazwyczaj z jakąś dodatkową nagrodą. Pozostali kandydaci muszą wrócić do swoich domów i z powrotem oddać glejty swoim namiestnikom.

– W takim razie ja zostanę kowalem! – zawołał dzielnie Michel, wymachując patykiem. – Będę pracował dla cesarza i mieszkał w stolicy! – dodał z przekonaniem.

Wszyscy się uśmiechnęli, oprócz Rafaela, który tylko uważnie wpatrywał się w chłopca.

– Nie wiedziałem, że to takie łatwe – zdziwił się Francis.

– To wcale nie jest łatwe – poprawił go Rafael. – Po pierwsze, takie zapotrzebowanie jest wysyłane bardzo rzadko. Po drugie, trzeba naprawdę osiągnąć niebywałe mistrzostwo w swoim fachu. Po trzecie, każdy namiestnik, ponieważ boi się narazić na gniew cesarza, zazdrośnie strzeże swoich glejtów i przez to jeszcze trudniej je zdobyć.

– No, ale nie dla nas wielkie sprawy tego świata – powiedział Miron, przerywając opowieść i wstając ze swojego miejsca.

Za nim podnieśli się pozostali mężczyźni i wszyscy ruszyli w pole. Słońce było wciąż wysoko, więc zostało jeszcze kilka godzin pracy. Tania wraz z dziećmi pozbierała naczynia do dużego wiklinowego kosza i poszła w kierunku domu. Rafael usłyszał jeszcze za sobą głosy Michela i Nadii:

– Mamo, myślisz, że będę mogła kiedyś wejść do stolicy? – zapytała dziewczynka.

– Kochanie, szczęście można znaleźć także we własnym domu – odpowiedziała Tania. – Nie trzeba wcale szukać go na końcu świata.

Córka wcale nie wydawała się przekonana, ale Tania zaraz zmieniła temat.

Rafael odwrócił się dyskretnie i jeszcze przez chwilę patrzył na dzieci, które dla Mirona i Tani były prawdziwym skarbem. Przybysz, chociaż minęło dopiero kilka tygodni, zdążył już dobrze poznać rodzinę gospodarza i zauważył, że dzieci, pomimo że otoczone prawdziwą miłością i troską, w żadnym razie nie były rozpieszczone, ponieważ gospodarze zawsze pilnowali, by nie brakowało im codziennych zadań i obowiązków, szczególnie teraz gdy pracowały przy skoszonym zbożu, niczym dwie mróweczki.

Michel miał jedenaście lat i był jak na swój wiek wysoki. Miał kasztanowe włosy, dokładnie jak jego matka, i niebieskie oczy. Poruszał się szybko i zawsze miał mnóstwo energii. Rafael nie przypominał sobie, żeby widział chłopaka siedzącego bezczynnie. Miron nieraz dzielił się ze swoim nowym znajomym troską, że w najbliższym czasie trzeba będzie pomyśleć o przyszłości chłopca. Gospodarz nie miał najmniejszych wątpliwości, że syn przejmie po nim gospodarstwo, ale nieraz zastanawiał się, czy nie warto go jeszcze wysłać do terminu do miejscowego kowala, ponieważ Michel był wyjątkowo pomysłowy i miał niezwykłe zdolności manualne. Poza zabawą najchętniej spędzał czas w domowym warsztacie, eksperymentując z narzędziami i tworząc nowe przedmioty. Miron był bardzo dumny, gdy pewnego razu pokazał Rafaelowi ruchome zabawki, które jego syn wykonał, gdy miał zaledwie siedem lat.

Nadia była rok młodsza od brata. Miała ciemne oczy i długie jasne włosy, zazwyczaj zaplecione w warkocz i chociaż była jeszcze dzieckiem, widać było, że w przyszłości wyrośnie na prawdziwą piękność. Przy Michelu wydawała się dużo spokojniejsza; lubiła bawić się lalkami, za każdym razem wymyślając nowe historie i przygody, w których uczestniczyli bohaterowie zabaw. Często też chodziła zamyślona.

Kiedy Rafael zjawił się w ich domu, dzieci od początku przyglądały mu się z ciekawością i bez żadnego skrępowania. Nie przestraszyło ich jego ubranie ani dziwne oczy, a kiedy okazało się, że przybysz zna tyle ciekawych opowieści, szybko stał się ich główną atrakcją, gdyż Michel i Nadia byli żądni nowej wiedzy. Okazało się też, że mają doskonałą pamięć. Wędrowiec wiele razy był zaskoczony, gdy dzieci bez żadnej pomyłki potrafiły wymienić nazwę miejscowości albo pasma górskiego, o którym rozmawiali kilka dni wcześniej.

Pewnego razu, gdy żniwa miały się ku końcowi, Rafael po skończonym dniu siedział wraz z gospodarzami w kuchni. Gulio i Francis poszli do gospody, a dzieci już spały.

– Nie myśleliście, żeby posłać Michela i Nadię do szkoły? – zapytał nagle Rafael.

– Kiedyś tak… – zaczął Miron. – Nawet zasięgnęliśmy języka u przyjezdnych kupców o możliwość nauki w Segardzie, gdzie znajduje się najbliższa szkoła. Niestety…

– Okazało się, że nie przyjmują tam dzieci chłopów – dopowiedziała Tania. – To szkoła świątynna i ma bardzo ograniczoną liczbę miejsc. Prawdopodobnie nie byłoby nas stać, bo za wszystko trzeba zapłacić, a w dodatku to bardzo daleko od Mupoksu.

– Przyznaję, że było nam szkoda dzieciaków, bo są takie mądre. Tym bardziej, że gospodarstwo jest już spore i nie zaszkodziłoby, gdyby umiały chociaż czytać i pisać – stwierdził gospodarz. – Bo na nas jest już za późno.

– A kapłani ze świątyni nie prowadzą szkoły w osadzie? – zapytał Rafael, ale takim tonem, jakby cedził każde słowo.

– Nie. Kiedyś kowal zdobył się na odwagę i zapytał ich o to – Tania uśmiechnęła się smutno.  – Odpowiedzieli mu, że nie mają czasu na takie rzeczy – dokończyła z przekąsem.

– Trochę dziwne, bo co niby mają do roboty, nie? – zaśmiał się Miron.

Nikt nie odpowiedział na to pytanie i cała trójka ponownie zamilkła. Tania patrzyła na Rafaela, który wyglądał jakby się nad czymś intensywnie zastanawiał. Gospodyni w ostatnim czasie bardzo polubiła nowego domownika, zwłaszcza że jego obecność nie tylko bardzo im pomogła, ale jeszcze wniosła powiew ożywczej świeżości do ich monotonnego życia. Oboje z Mironem spodziewali się, że po zakończonych żniwach rozliczą się z przybyszem za wykonaną pracę i Rafael odejdzie. W końcu ledwo go przekonali, by został z nimi chociaż tych kilka tygodni.

– A co powiedziecie, żebym ja uczył Michela i Nadię? – zapytał Rafael.

Gdyby w tym momencie piorun spadł im pod nogi, nie zrobiłby takiego wrażenia jak propozycja wędrowca.

– Hmm… no w sumie…może… – Miron próbował sklecić jakąś odpowiedź.

– Nie chcę się oczywiście narzucać – powiedział Rafael, widząc zakłopotanie gospodarza.

– No, masz. Najpierw nie chciał nadużywać, a teraz znowu narzucać się – Tania przyszła mężowi z pomocą. – Po prostu bardzo nas zaskoczyłeś. Spodziewaliśmy się, że będziesz chciał odejść, kiedy tylko skończymy żniwa.

– Faktycznie, taki miałem zamiar – potwierdził Rafael, powoli i starannie dobierając kolejne słowa. – Teraz nie muszę już szukać pracy, a potrzebuję gdzieś przezimować. Poza tym pomyślałem, że waszym dzieciom przydałby się nauczyciel, bo mają naprawdę ogromny potencjał.

Miron pokraśniał na te słowa.

– Ale czego mógłbyś je uczyć? – zapytała rzeczowo Tania.

– Na początek zaczęlibyśmy od nauki pisania i czytania oraz prostych rachunków – odpowiedział Rafael. – Potem, w zależności od tempa nauki i zdolności dzieci, mógłbym je uczyć gramatyki, logiki i podstaw retoryki – wyliczał spokojnym głosem. –Następnie geometrii, arytmetyki, astronomii i przynajmniej teorii muzyki, bo z praktyką możemy mieć kłopot, nie mając żadnych instrumentów.

Miron i Tania patrzyli na niego, jakby zobaczyli go po raz pierwszy życiu. Gospodarz miał lekko otwarte usta.

– Nie wiedziałem, że jesteś aż tak wykształcony – wydusił z siebie Miron.

– To tylko jedna z wielu moich wad – zażartował Rafael.

– Ale to bardzo dużo różnych… rzeczy – stwierdziła Tania. – Na taką naukę potrzeba całych lat!

– Na razie wystarczy, żeby opanować podstawy – rzekł wędrowiec. – Myślę jednak, że nie doceniacie waszych dzieci. Obserwowałem je przez te tygodnie i myślę, że jeśli tylko będą chciały, staną się pojętnymi uczniami. – Rafael spojrzał na Tanię, która spuściła wzrok. Miron nie zwrócił na to uwagi.

– No, faktycznie są bystre… – powiedział gospodarz. – Ale zdajesz sobie sprawę, że nie będziemy w stanie płacić ci nauczycielskiej stawki? – próbował się usprawiedliwić.

– Wystarczy, jeśli w tym czasie zapewnicie mi wikt i opierunek – stwierdził Rafael.

– Co ty na to? – zapytał Miron żonę.

– Nie ukrywam, że zaskoczyłeś mnie – gospodyni zwróciła się do Rafaela.  – Ale myślę, że dużym błędem byłoby nie skorzystać z twojej propozycji.

– W takim razie postanowione! – powiedział gospodarz i klasnął w dłonie.  – Kiedy chcesz zacząć?

– Jak tylko skończymy pracę w polu.

– Ooo przyjacielu… Nic z tego! – powiedział Miron. – Po tym czego się teraz dowiedziałem, już mam wyrzuty sumienia, że zagoniliśmy cię do pracy. Ale nic to! Przynajmniej pokazałeś, żeś uczciwy i pracowity człowiek. Jeśli będziesz uczył nasze dzieci, tak jak pracowałeś w polu, to nie mam żadnych obaw.

– Na pewno nie chcecie mojej pomocy?

– Damy sobie radę. Powiedz tylko czego będziesz potrzebował do prowadzenia lekcji.

– Przybory do pisania zrobimy sami, bo skorzystamy z waszych gęsi – uśmiechnął się przybysz. – Ale musimy na czymś pisać. Najlepszy byłby pergamin, bo można go wielokrotnie używać, ale wiem, że jest dość drogi…

– Poczekajcie! – powiedziała Tania i podeszła do drewnianego kufra, który stał w kącie izby. Po chwili wróciła niosąc w ręku zwinięty rulon. – Mamy akurat trzy sztuki!

Miron wytrzeszczył oczy, spoglądając ze zdziwieniem na żonę.

– Pamiętasz jak jeden kupiec nie miał nam czym zapłacić? – zwróciła się do męża. – Zostawił nam wtedy w ramach rozliczenia te pergaminy. W drodze powrotnej miał je odebrać i zostawić pieniądze, ale już nigdy się nie pojawił. Powiedziałeś wtedy, że to była najgorsza transakcja w twoim życiu!

– Faktycznie  tak było! – zaśmiał się gospodarz. – Kto mógł przypuszczać, że będzie z nich jakiś pożytek?

– Świetnie. W takim razie jutro pójdę do miasta zapytać o inkaust. I będziemy mieli już wszystko – powiedział Rafael.

– No i trzeba powiedzieć dzieciom, że od jutra chodzą do szkoły – zażartował Miron.

– Jestem pewna, że się ucieszą – powiedziała Tania. – Tym bardziej, że naprawdę cię polubiły.

Następnego dnia, kiedy dzieci wstały na śniadanie, dowiedziały się od rodziców, że Rafael będzie ich nauczycielem i zaczną mieć lekcje w domu. Nowo upieczony nauczyciel stał jak zamurowany, gdy rzuciły mu się na szyję. Po chwili on także je objął. Tego dnia Rafael nie poszedł już do pracy w polu, tylko z Michelem i Nadią przygotowywał wyposażenie ich „klasy”, która miała być urządzona w kuchni.

Najpierw poszli do warsztatu, by z kilku desek zbić niewielką tablicę, a do niej przytwierdzić jeden pergamin. Tak przygotowaną tablicę umieścili na ścianie w kuchni po lewej stronie od wejścia, naprzeciwko stołu. Następnie poszli do zagrody, by zdobyć kilka gęsich piór. Rafael pokazał dzieciom w jaki sposób należy je nacinać, by nadawały się do pisania. Michel i Nadia byli zachwyceni, natomiast gęsi nieprzyzwyczajone do takich zabaw, okazywały znacznie mniej entuzjazmu.

Potem wybrali się do osady zapytać o inkaust. Okazało się, że akurat jeden z kupców miał odpowiednią ilość. Nie był tani, ale Rafael wiedział, że próbując zrobić go samodzielnie jakąś domową metodą, szybko zniszczyliby pergaminy. Miał tylko nadzieję, że Miron nie będzie miał mu za złe takiego wydatku.

Gdy wrócili do domu, od razu zaczęli pierwszą lekcję. Rafael wypisał na tablicy wszystkie litery, a następnie wskazując po kolei każdą z nich, uczył dzieci ich nazw. Potem Michel i Nadia mieli przepisać pierwsze litery na swoje pergaminy. Rafael nie komentował pracy dzieci, ale widział, że jego uczniowie bardzo dobrze sobie radzą i ani się nie obejrzeli była już pora obiadu.

W taki sposób rozpoczęła się nauka dzieci Mirona i Tani. Każdego dnia rozpoczynali lekcje zaraz po śniadaniu i trwały one aż do obiadu. Potem wychodzili na spacer, najczęściej w stronę młyna i Rafael opowiadał im o historii, geografii i ciekawostkach ze swoich podróży.

Kolejne tygodnie mijały bardzo szybko. Gdy przyszła jesień i dni stawały się coraz krótsze, wychodzili po kolacji na zewnątrz, by obserwować niebo. Rafael uczył ich jak rozpoznać najważniejsze gwiazdozbiory, opowiadał o ruchach ciał niebieskich oraz ich znaczeniu dla przyrody, a także w jaki sposób podczas drogi można odnaleźć właściwy kierunek.

Michel i Nadia uczyli się w błyskawicznym tempie i gdy na początku grudnia spadł pierwszy śnieg, okrywając białym puchem okoliczne pola, potrafili już płynnie pisać i czytać oraz wykonywać obliczenia matematyczne. W międzyczasie ćwiczyli już retorykę, wynajdując coraz ciekawsze argumenty na poparcie swoich wypowiedzi.

Miron pewnego razu trafił na lekcję, podczas której Rafael wyjaśniał dzieciom podstawowe zasady logiki i gospodarz zorientował się po chwili, że trudno mu zrozumieć, o czym tak naprawdę jest mowa. Nie przeszkadzało mu to jednak w najmniejszym stopniu, ponieważ był dumny ze swoich pociech. Był też przekonany, że Rafael jest dobrym nauczycielem, bo miał anielską cierpliwość: nigdy nie podnosił głosu ani nie okazywał zdenerwowania. Nauczyciel potrafił po kilka razy wyjaśniać jakieś pojęcie, aż był pewien, że jest dobrze zrozumiane. Przez to dzieci, nawet gdy miały jakąś trudność, nie traciły zapału do nauki ani też szacunku, jakim obdarzały swojego mistrza, jak czasem nazywały Rafaela.

Tania natomiast przysłuchiwała się lekcjom dzieci z niegasnącym uśmiechem na ustach i Rafael kilka razy miał wrażenie, że gdy tłumaczył dzieciom jakieś nowe zagadnienie, ich matka odruchowo kiwała głową. To zrodziło w nim pewne podejrzenia, ale wolał nie podejmować pochopnie żadnych kroków, bo wiedział, że najlepsza okazja zazwyczaj zjawia się sama.

Faktycznie pewnego dnia, tuż przed nowym rokiem, skończyli lekcje trochę wcześniej niż zwykle. Dzieci ubrały się szybko i wyszły pobawić się na zewnątrz. Miron jeszcze nie wrócił z osady, gdzie miał umówione spotkanie z jednym kupcem. Tania właśnie kończyła przygotowywać obiad, a Rafael siedział przy stole udając, że porządkuje swoje rzeczy.

– Dzieci naprawdę świetnie sobie radzą – powiedział do Tani, która zajęta pracą pokiwała głową, nawet się nie odwracając. – Teraz chciałbym zacząć przerabiać z nimi sylogizmy, ale nie jestem pewien czy sobie poradzą…

– No wiesz, argumentowanie nigdy nie jest… – przerwała natychmiast, odwróciła się do wędrowca  i wyglądała jakby chciała ugryźć się w język.

Rafael popatrzył jej prosto w oczy i dopiero po chwili zapytał:

– Kim ty jesteś, Tania?

– Nie rozumiem – odpowiedziała gospodyni, mając czerwone wypieki na twarzy, ale wytrzymując jego spojrzenie.

– Zwykła chłopka nie mogłaby wiedzieć co to są sylogizmy, a ja nigdy przedtem nie użyłem tego słowa. Nie jesteś stąd, prawda?

– Nie wiem, o czym mówisz – powiedziała Tania, coraz lepiej panując nad sobą.

– To miałoby sens, bo wyjaśniałoby niezwykłą inteligencję twoich dzieci – rzekł Rafael. – Przyznaję, że na początku zmyliła mnie twoja karnacja, bo spotkaliśmy się, gdy był środek lata,  ale teraz rozpoznaję te rysy. Jesteś z południa?

– Zamilcz! – syknęła gospodyni, widząc w oknie Mirona, do którego dołączyli już Michel i Nadia. – Nie tu i nie teraz… – rzekła, grożąc Rafaelowi widelcem. Jej oczy rzucały gromy i błyszczały złowrogo.

Rafael tylko kiwnął głową, uśmiechając się. Wiedział, że niedługo wrócą do tej rozmowy.

Następny rozdział…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.