Malowane sercem

Machina biurokracji

„Biurokracja to dobrze zorganizowana zaraza” – mawiał brytyjski pisarz i historyk Cyril Northcote Parkinson. Trudno nie przyznać mu racji… Czas płynie, nowoczesność na każdym kroku, a człowiek odbija się od ścian, a te w ogóle nie powinny istnieć. Dlatego z przykrością muszę oznajmić, że nie mogę jeszcze podzielić się z Wami następnym krokiem w realizacji przedsięwzięcia, które od jakiegoś czasu uważam za wspólne działanie wszystkich osób śledzących bloga. Powód jest bardzo prosty: póki co nie założymy zbiórki, ponieważ wniosek z KRS znalazł się, co prawda, w kolejce w Urzędzie Skarbowym, ale tam musi czekać na swój moment. Bez Urzędu Skarbowego nie ma numeru NIP, bez numeru NIP nie ma konta w banku, bez konta w banku nie będzie zbiórki, a bez zbiórki… (kto pamięta epicką scenę z filmu „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra”?). W każdym razie sprawy są w toku i na dniach powinno się coś ruszyć. Nie oznacza to jednak, drodzy Czytelnicy, że nie mam Wam nic dzisiaj do powiedzenia… 🙂


Fan-art

Na początku 2019 r. na blogu powstała podstrona, która miała być czymś w rodzaju fan-artu do mojego opowiadania i jako myśl przewodnią napisałem tam takie zdanie: „Literatura to świat wyobraźni, który do każdego przemawia trochę inaczej i maluje rzeczywistość w różnych barwach”. Faktycznie – ten, kto ma możliwość doświadczania sztuki, odbiera ją na swój sposób, gdyż dzieło za każdym razem tworzy w odbiorcy zupełnie nowy i niepowtarzalny świat, ponieważ każdy z nas jest inny. Miałem nadzieję, że osoby z zdolnościami plastycznymi poczują się zaproszone, by podzielić się swoją twórczością i w ten sposób historia zapisana na papierze (czy też w kolejnych wpisach bloga) ukaże się również w formie malowanej. Odzew nie był duży, ale jak to mówią liczy się jakość, a nie ilość. Jednak to właśnie stało się początkiem zdarzeń, które doprowadziły do bardzo zaskakującego i niesamowitego końca. Zacznijmy jednak od początku…


Malowane słowem

Wszystko zaczęło się pod koniec stycznia, gdy napisałem do Ani W. (pozwólcie, że będę się trzymał przyjętej konwencji i nie pisał nazwisk) z informacją o moim blogu i opowiadaniu na nim. Zaskoczyło mnie i ucieszyło jednocześnie, że Ania, którą znałem z oaz w Krościenku, jest wielką fanką fantastyki oraz obiecała, że nie tylko przeczyta mój tekst, ale także wypowie się na jego temat. Na jej recenzję nie musiałem czekać długo i przeczytałem ją z wielkim przejęciem. Ania okazała się bowiem nie tylko znawczynią gatunku, ale również malarką (ten fakt umknął mi wcześniej zupełnie), dzięki czemu zwróciła uwagę na kwestie związane z przedstawieniem poszczególnych lokalizacji i osób. Brakowało jej trochę w opowiadaniu bardziej szczegółowych opisów z większą ilością informacji, ponieważ wtedy „łatwiej wyobrazić sobie miejsca i postaci”. Z jednej strony trudno mi było się z tym nie zgodzić, lecz z drugiej odpowiedziałem, że moim zamiarem było od początku pisanie takim językiem, by każdy mógł sobie stworzyć „własną” wersję świata i bohaterów. Poza tym dla dużej części czytelników liczy się dla fabuła i akcja, przez co mają skłonność do przeskakiwania fragmentów z opisami (kilka osób mówiło, że nawet czytając tych dziesięć rozdziałów dostępnych na stronie, omijało je, bo chcieli jak najszybciej wiedzieć, co wydarzy się dalej). Niemniej  jednak nasza rozmowa skończyła się propozycją, że jeśli Ania znajdzie trochę czasu, to przygotuje rysunek na stronę fan-artu.


Morze barw

Przyszedł marzec i dostałem zdjęcie z obrazem, który wszystkim Czytelnikom bloga oraz strony na Facebooku powinien być znany. Przedstawiał on Las Strzelców – lokalizację pojawiającą się w dziewiątym rozdziale opowiadania. Obraz namalowano akwarelą, z mnogością leśnych odcieni oraz atmosferą, sprawiającą że widz mógł odczuć niemal na własnej skórze surowość, obcość i tajemniczość miejsca, w którym znaleźli się bohaterowie. W dowód największego uznania napisałem tylko: „chapeau bas”, bo przyznam, że trochę mnie zatkało, gdyż obraz był na bardzo wysokim poziomie i robił na mnie ogromne wrażenie! Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że najlepsze dopiero przed nami…

Wtedy istniał już pomysł fundacji i założenia zbiórki, która umożliwiłaby sfinansowanie całego przedsięwzięcia, dlatego zaproponowałem Ani, żeby przygotowała obrazy ilustrujące różne sceny z powieści (w taki sposób, żeby nie stanowiły one spoilerów), aby można było z nich skorzystać przy promocji książki. Wiązało się to naturalnie z dostępem do całego tekstu, żeby dało się namalować także te sceny, które nie znalazły się już na blogu. Ku mojej radości artystka zgodziła się chętnie i tak powstały obrazy: „On”, „Zmierzch starego, wschód nowego”, „Xantus”. Mnie spodobał się szczególnie ten przedstawiający głównego bohatera, a zwłaszcza uchwycone spojrzenie fioletowych oczu, wyrażające znacznie więcej niż czytelnikowi mogłoby się wydawać na początku powieści. Teraz trwają rozmowy z drukarnią, by przygotować na tej podstawie związane z książką nagrody i gadżety, potrzebne do zbiórki (zakładki, naklejki, magnesy na lodówkę) – szczegóły podam w najbliższym czasie.


Okno do historii

W tamtym czasie największe wyzwanie stanowiło jednak znalezienie ilustratora do samej książki, ponieważ bardzo chcieliśmy, by każdy rozdział był ozdobiony osobnym rysunkiem, wprowadzającym w treść powieści. Część osób odmówiła ze względu na brak czasu, inni tłumaczyli się niezrozumieniem tematu, a jeszcze inni okazali się mieć zbyt wygórowane stawki. W pewnym momencie, widząc jak kiepsko rozwija się sytuacja, byłem już gotów zrezygnować z tego tematu, ale ponieważ wszyscy zaangażowani na tamtym etapie wiedzieli na bieżąco, co się dzieje, więc i Ania po skończonych obrazach dowiedziała się o naszym problemie. Przyznaję, że chodziło mi po głowie, żeby zapytać ją o możliwość stworzenia ilustracji do książki, ale mówiąc kolokwialnie nie chciałem przeginać – fan-art, akwarele do nagród i teraz jeszcze to… Nie muszę więc mówić, jak wielkie było moje zdziwienie i radość, gdy Ania sama zaproponowała, że może spróbować przygotować „jakieś szkice”. Od słowa od słowa zaczęliśmy zastanawiać się, jaką formę mogły by mieć takie ilustracje, żeby zachować jedną konwencję we wszystkich rozdziałach, a z drugiej by zrobić je ciekawie i intrygująco, ale nie zdradzając fabuły. Dobrze się złożyło, że dużo wcześniej przygotowałem dla ewentualnego rysownika propozycje scen czy motywów do ilustracji, by nawet osoba, która nie da rady przeczytać tekstu w całości wiedziała, co ma mniej więcej zrobić. Teraz jednak znaleźliśmy się w wymarzonej sytuacji – Ania znała książkę, rozumiała ten klimat, a jak maluje, mogłem się przekonać już wcześniej.

Po kilku szkicach, z których każdy był naprawdę obiecujący, można powiedzieć, że Ania trafiła na przysłowiową „żyłę złota”. Wymyśliła, żeby każdą ilustrację zamknąć w kole, a ono stanowiłoby coś w rodzaju okienka do rozdziału i spojrzenia na to, co się w nim wydarzy. Jednocześnie by takie „okienko” nie wisiało w próżni, Ania domalowała do każdego dwa uchwyty wykonane z materiału czy tworzywa, odnoszącego się do danego momentu fabuły: inne w mieście, inne w lesie, jeszcze inne… chyba nie myśleliście, że wszystko Wam już zdradzę! 😉 Muszę pokreślić, że Ania wykonała naprawdę ogromną pracę, nie tylko tworząc trzydzieści (!) ilustracji, ale przede wszystkim dlatego, że z każdego rysunku udało jej się zrobić osobne dzieło sztuki, które choć niewielkie na papierze, wprowadza do całego, ogromnego świata. Gdy po krótkim czasie obrazki zaczęły krążyć między osobami zaangażowanymi w fundację, wzbudzały za każdym razem coraz większy entuzjazm i podziw. Pod koniec pracy malarki zażartowałem, że nawet jak komuś nie spodoba się treść powieści i nie wciągnie go fabuła, warto będzie kupić książkę choćby ze względu na same ilustracje!

Miałbym jeszcze sporo do powiedzenia na temat okładki, ale to już temat na inną okazję… Na zakończenie przytoczę jeszcze słowa Ani, które napisała na zakończenie swojej pracy:

Powiem krótko, marzenia się spełniają. Zawsze marzyłam, aby ilustrować książkę, a fantasy, mój ulubiony gatunek literatury, to już był szczyt. Praca nad rysunkami była fascynująca. Chciałam zajrzeć przez rysunki do książki, a nawet do wyobraźni samego autora. Czy mi się udało, nie wiem, to stwierdzi czytelnik. Dla mnie to była równie wielka przygoda, jak Michela i Nadii. 😉

 

Wszystkich zapraszam na jej Instagram (naprawdę warto):

https://www.instagram.com/anna.maluje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.